Iran – relacja z wyprawy.

W DRODZE DO IRANU.

Podróż do Iranu minęła bez większych przygód. W oczekiwaniu na przesiadkę na stambulskim lotnisku z nudów obserwowałem oczekujących pasażerów, zastanawiając się kto, dokąd i po co leci. Trudno było nie zwrócić uwagi na wydekoltowaną dziewczynę z kolorowymi włosami, śmiejącą się głośno to telefonu i żującą gumę z otwartymi ustami. Okazało się, że lecimy tym samym samolotem do Teheranu. Zanim wylądowaliśmy uszło z niej powietrze. Umilkła, a skąpą bluzeczkę zastąpił czarny, długi płaszcz. Barwne włosy owinęła ciemną chustą. Zresztą nie tylko ona. Wszystkie pasażerki uczyniły to samo.

PIERWSZE  CHWILE.

Stolica Iranu przywitała mnie – a jakże – wszechobecnymi portretami ajatollaha Chomeiniego i zawodzeniem muezzina z ogromnych głośników. Wymieniłem trochę twardej waluty na lokalne środki płatnicze, otrzymując plik banknotów z dużą ilością zer. I na każdym wizerunek Chomeiniego.

Była dopiero czwarta nad ranem, więc szanse na opuszczenie lotniska publicznym transportem niewielkie. Dlatego musiałem skorzystać z usług taksówkarzy czatujących na zagraniczniaków przy hali przylotów. Kierowca ruszył z fantazją, ale pech chciał, że zawadził lusterkiem o otwarte drzwi sąsiedniego auta i chwilę potrwało, zanim szoferzy doszli do porozumienia. Przymocował urwane lusterko taśmą klejącą i ruszyliśmy przez puste o tej porze ulice wprost do domu Gospodarza.

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów znalazłem się w nowoczesnej kamienicy i oczywiście na „dzień dobry” popełniłem gafę, a nawet trzy. Po pierwsze władowałem się do domu Gospodarza w buciorach, nie wiedząc, że zostawiam się kamasze przed drzwiami. Po drugie: wlazłem w kapciach na perski dywan, nie zwróciwszy uwagi, że Gospodarze ściągają je i chodzą po dywanie na bosaka. Po trzecie: chciałem wejść do toalety w tych samych kapciach, w których chodziłem po mieszkaniu i znowu przypał. Oni mają osobne do takich miejsc, a te zwykłe trzeba zostawić przed wejściem do łazienki. Jednak z uśmiechem wyjaśnili te niuanse i moje gafy nie miały wpływu na dalszy rozwój naszej znajomości.

By zatrzeć pierwsze wrażenie postanowiłem przejść do wręczenia prezentów z Polski. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Gospodarz kolekcjonuje noże, więc oryginalny szwajcarski scyzoryk będzie okrętem flagowym jego zbiorów, a kosmetyki, które sprezentowałem Gospodyni – jak sama powiedziała – wzbudzą zazdrość jej koleżanek z pracy. Cóż, towary ogólnodostępne w Polsce są rzadkością w Iranie z powodu sankcji międzynarodowych.

Jednak prawdziwą furorę zrobiły śliwki w czekoladzie! Gospodarze zrewanżowali się lokalnymi specjałami i tak doczekaliśmy świtu, wzajemnie wychwalając narodowe przysmaki. Po wschodzie słońca gospodyni owinęła głowę czarną chustą i poszła do pracy, a ja po dwóch dobach bez snu straciłem na kilka godzin kontakt ze światem.

Czas na pierwsze śniadanie na irańskiej ziemi. Najpierw poszliśmy po chleb. Gospodarz zabrał z domu torebkę z jakimiś ziarenkami, wręczył ja piekarzowi, a ten po chwili upiekł nam pyszny chlebek, a właściwie placuszek, który uprzednio obficie posypał dostarczonymi ziarenkami. Samo pieczenie wyglądało interesująco. Spore placki piekarz wkładał do wnęki, na dnie której znajdowała się kupa gorącego żwiru. Wprawdzie w trakcie kamyki ziarenka wbijały się w placek, ale na to też jest sposób. Przed piekarnią znajduje się pozioma krata, na której układa się wypieki i czyści je specjalną szczotką, aż wszystkie zanieczyszczenia odpadną.

Mój pierwszy irański posiłek składał się z chleba, masła orzechowego, serka podobnego do fety, słodkiego kremu i herbaty. Kostki cukru umieszcza się w ustach, a dopiero potem popija się tym napojem.

Podczas posiłku oglądałem jeden z irańskich kanałów telewizyjnych. Na tle rozgwieżdżonego nieba, co chwilę przecinanego kometami i meteorami pokazywały się wersety z Koranu, dodatkowo recytowane przez jakiegoś duchownego. Następnie pokazywali fragmenty modlitw w pięknym, wielkim meczecie, wypełnionym do ostatniego miejsca przez wyznawców Allaha.

Po śniadaniu ruszamy w teren. Pewnie wiele osób może spodziewać się, że spotka jedynie brodaczy w turbanach i kobiety z zasłoniętymi twarzami, ale w Iranie takie historie można włożyć między bajki. Nie widziałem więcej niż 2-3 kobiety z zasłoniętymi twarzami. Natomiast chusty – tak, są obowiązkowe, ale wiele pań nosi je w ten sposób, że ich fryzury są wyeksponowane, a chusta zasłania jedynie czubek głowy. Całości dopełnia jaskrawy, mocny makijaż z podkreślonymi ustami i oczami. Natomiast panowie ubierają się po europejsku, bardzo schludnie. Dominują koszule z kołnierzykami zapięte na ostatni guzik, spodnie w kant, wypastowane buty. Natomiast krawatów ani śladu.

Gospodarz zaprosił mnie na lody w kształcie nitek makaronu. Ileż miałem frajdy polewając te pyszności wodą różaną albo sokiem cytrynowym lub miętowym z kranika metalowego dystrybutora.

Przechodzenie przez ulice to w tej części świata trudne wyzwanie. Kierowcy nie reagują na czerwone światła, przejścia dla pieszych, znaki oznaczające konieczność ustąpienia pierwszeństwa. Kto pierwszy ten lepszy. Nie używają kierunkowskazów, za to klaksony pracują bezustannie.

Po południu Gospodarze zabrali mnie na wycieczkę samochodową w pobliskie góry. Rozmowa zeszła na temat cen paliw. Dziwili się, że u nas tak drogo, a ja że u nich tak tanio.

W drodze powrotnej zaprosili mnie na kolację. W przydrożnym zajeździe jedliśmy lokalne frykasy i paliliśmy wonny tytoń z metrowej fajki przy dźwiękach muzyki. Podobno kilka utworów wydobywających się z głośnika to „zakazane piosenki”, ale jak wyjaśnił Gospodarz wolność sztuki ma w Iranie swoją cenę i wszystko zależy od wysokości datków dla Strażników Rewolucji, którzy w zamian za dobra doczesne są skorzy przymknąć oko na nieprawomyślne treści.

Po powrocie do domu Gospodarz klęknął przed kuchenną szafą, wsadził głowę głęboko do jej wnętrza, skąd po chwili wyciągnął zakonspirowane towary w postaci kilku win własnej produkcji, przemyconych z Turcji puszek piwa i butelki irańskiej wódki z domowej gorzelni któregoś z kolegów. Nie muszę dodawać, że wieczór upłynął w miłej atmosferze wzajemnego zrozumienia, wśród toastów i dowcipów. Celował w nich Gospodarz, który nie jest zwolennikiem panującej teokracji i to ona była tematem jego żartów.

W telewizji zobaczyliśmy zapowiedź festiwalu folklorystycznego, który miał rozpocząć się nazajutrz na jednym z centralnych placów Teheranu, w okolicy widocznej z dala wieży Azadi, będącej czymś pomiędzy łukiem triumfalnym, a pomnikiem w kształcie startującej rakiety kosmicznej. Postanowiliśmy wziąć udział w tym wydarzeniu.

NA FESTIWALU.

Na reprezentacyjnym placu stolicy Iranu wyrosły namioty i stragany z pamiątkami, kuchnią ze wszystkich stron kraju i scena na której muzycy prezentowali swoje umiejętności. Na drewnianej konstrukcji rolnicy zawiesili worek z koziej skóry wypełniony mlekiem i kołysali nim tak długo, aż zawartość przemieniła się w masło. Można było napić się jogurtu z dużej białej beki.

Oczywiście nie mogłem przegapić takiej okazji. Wiadomo – mleko, jogurt i twarogi zapewniają nastrój błogi 🙂 Wtedy podeszła do mnie ekipa irańskiej TV i poprosiła o krótki wywiad na temat festiwalu i kilka zdań opinii o Iranie. Kazali mi dopiąć koszulę, trzymać kubek z jogurtem w widocznym miejscu i zadawali pytania. Festiwal rzeczywiście był widowiskowy, więc pochwaliłem organizatorów i artystów.

Od wyrażenia opinii o Iranie uchyliłem się, gdyż byłem za krótko w tym kraju. Na szczęście taka odpowiedź im wystarczyła. Teraz żałuję, że dałem się namówić na wystąpienie przed kamerą, bo w wygniecionej koszuli, z opalonym na różowo nosem i zarośniętą facjatą wyglądałem jak luj spod sklepu monopolowego. I ten kubek z jogurtem… Jakbym leczył kaca…. Mam nadzieję, że jednak nie nadali tego żałosnego widowiska.

W przerwie pomiędzy występami na scenę wkroczył szyicki duchowny. Długie do ziemi szaty, okazała broda i turban dodawały mu powagi i dostojeństwa. Najpierw wygłosił kazanie, potem wcielił się w rolę konferansjera. Wywołał na scenę kilku widzów i zadawał im pytania ze znajomości Iranu, jego tradycji, geografii i historii.

Zapytałem Gospodarza, czy jest możliwość zrobienia sobie zdjęcia z ajatollahem. Po quizie podeszliśmy do niego i Gospodarz dokonał prezentacji. Grzecznościowo pogratulowałem dobrego wystąpienia, talentu oratorskiego, opowiedziałem o wrażeniach z Iranu i planach na najbliższe dni. Zdobyłem uznanie rozmówcy mówiąc, że planuję odwiedzić Mashhad, jedno z najświętszych miejsc Iranu, sławne za sprawą grobowca imama Rezy, ważnej postaci w tutejszej kulturze. Ajatollah wyraził przekonanie, że wizyta u grobu świętego męża spowoduje u mnie przemianę duchową. Nie wiem co dokładnie miał na myśli, ale postanowiłem nie rozwijać tego wątku.

Gdy pierwsze lody zostały przełamane i powstał odpowiedni klimat do kolejnego etapu znajomości mrugnąłem na Gospodarza, a ten zapytał ajatollaha, czy będzie tak dobry i pozwoli mi dostąpić zaszczytu wspólnej fotografii z tak znamienitą osobą. Nie miał nic przeciwko i w ten sposób moja kolekcja wzbogaciła się o zdjęcie z uśmiechniętym szyickim dostojnikiem.

Ale to nie koniec przygód tego dnia. Wzięła mnie na celownik kolejna ekipa telewizyjna. Przypięli mi mikrofon do koszuli i podobnie jak poprzednicy pytali o wrażenia z festiwalu.

Podczas pobytu na festiwalu towarzyszył mi jakiś gość z aparatem fotograficznym z teleobiektywem, który ciągle robił mi zdjęcia. W końcu nie wytrzymałem i zapytałem co jest grane. Przedstawił się jako reporter jednej z gazet, ale myślę, że był ze służb.

WIEŻA MILAD.

Gospodarz zabrał mnie na wieżę telewizyjną Milad.

To jeden z najwyższych na świecie obiektów tego typu. Z tarasu widokowego na wysokości około 300 metrów obserwowaliśmy jak wygląda życie kilkunastomilionowej metropolii. Z góry widzieliśmy wielokilometrowe korki, samoloty lądujące na lotnisku Mehrabad i ośnieżone stoki gór, otaczających Teheran od północy.

Trafiamy też do galerii figur woskowych.

Nadszedł czas, by się pożegnać. Gospodarz odwozi mnie na lotnisko, skąd mam udać się samolotem IranAir nad Zatokę Perską. Nie obyło się bez przygód. Najpierw kilka razy zgubił drogę w plątaninie obwodnic, ślimaków i wiaduktów. Potem podjechaliśmy pod niewłaściwy terminal, ale na szczęście samolot do Bandar Abbas był opóźniony.

LOT NAD ZATOKĘ PERSKĄ.

Gdy samolot wypełnił się pasażerami z głośników popłynęły słowa modlitwy, a po chwili znaleźliśmy się w przestworzach.

Bandar Abbas to jedno z najgorętszych miejsc w Iranie. Dało się to odczuć zaraz po wylądowaniu. Mimo, że zegary wskazywały godzinę dziewiętnastą było około 30 stopni. Na szczęście wiatr znad morza łagodził nieco tę wysoką temperaturę.

WYSPA QESHM.

Największą atrakcją okolicy jest zwiedzanie pobliskiej wyspy Qeshm, długiego, wąskiego pasa lądu, ciągnącego się wzdłuż wybrzeża. Popłynąłem tam nazajutrz. Podróż sama w sobie była atrakcją. Stateczek pruł fale Zatoki Perskiej i sprytnie manewrował pomiędzy licznymi tankowcami wiozącymi ropę do odległych zakątków.

Na wyspie Qeshm wynająłem taksówkę, która miała dostarczyć mnie do kilku najciekawszych miejsc. Przy tutejszych cenach paliwa to najlepszy środek komunikacji. Na wyspie zwiedziłem jaskinie, Dolinę Gwiazd

przypominającą turecką Kapadocję, pomoczyłem się w turkusowych wodach Zatoki,

a na koniec zafundowałem sobie przejażdżkę motorówką po kanałach dżungli Hora, siedlisku wielu gatunków kolorowego ptactwa wodnego. W motorówce kazali założyć kamizelki ratunkowe. Szkoda, że nie widzieliście irańskich kobiet w czarnych chustach i pelerynach, na które założyły pomarańczowe kapoki. Wyglądały groteskowo 🙂

Współpasażerowie dopytywali skąd jestem, co chcę zwiedzić w Iranie i jak mi się podoba. Byli bardzo mili i pomocni.

Jako ciekawostkę podam fakt, iż z wyspy Qeshm świetnie widać wielkie platformy wiertnicze na morzu oraz kilka szybów, z których huczące, pomarańczowe płomienie wydobywają się na wysokość kilkudziesięciu metrów. Imponujący widok, zwłaszcza w nocy.

W drodze powrotnej do Bandar Abbas dosiedli się do mnie dwaj młodzi Irańczycy. Po serii pytań tj. kto, skąd, po co itd. przeszli do trudniejszych kwestii.

-Mister Martin, słyszeliśmy, że u was w Europie jest dużo seksu. To prawda?

No i masz, babo, placek… Co odpowiedzieć młodziakom z innego kręgu kulturowego, żeby nie doszło do nieporozumień?

Wyjaśniam więc dyplomatycznie, że to indywidualna kwestia, nie ma co uogólniać itd. Pytali też czy nie przywiozłem z Polski piwa, którego są miłośnikami, a jest to towar deficytowy (czytaj: zabroniony) w ich kraju. Musiałem ich rozczarować. Wprawdzie chodził mi po głowie zamiar przywiezienia do Iranu czegoś z procentami, ale ostatecznie porzuciłem ten pomysł nie chcąc narażać się na zarzut przemytu nielegalnego towaru. Moi rozmówcy wykazali zrozumienie. Ech, mężczyźni są wszędzie tacy sami 😉 Tylko im kobitki i alkohol w głowie 😉

W porcie docelowym okazało się, że chłopcy są zmotoryzowani i chętnie podwiozą mnie w wybrane miejsce. Poprosiłem więc o podrzucenie na dworzec autobusowy, gdzie pomogli mi w zakupie biletu na następny dzień do Shirazu, odległego od Bandar Abbas o kilkaset kilometrów. Cena- 13 zł. Ech, te roponośne kraje … 🙂

O poranku ponownie znalazłem się w porcie planując kolejną wycieczkę tj. na wyspę Hormoz (Ormuz), od której nazwę wzięła cieśnina łącząca Zatokę Perską i Zatokę Omańską.

Jednak czekało mnie rozczarowanie. Port był nieczynny z powodu sztormu. Nic nie wskazywało, że morze uspokoi się w jakimś rozsądnym terminie, więc postanowiłem odpuścić zwiedzanie wyspy Ormuz i jechać do Shirazu wcześniejszym autobusem.

No i zaczęły się schody. Facet w kasie nie znał angielskiego, więc było mu trudno zrozumieć o co mi chodzi. Ale głupi zawsze ma szczęście 🙂 W dworcowym barze poznałem się z przemiłym, starszym gościem, który okazał się kierowcą autobusu, którym chciałem dostać się do Shirazu. Wykonał telefon, powiedział „follow me” i po chwili siedziałem w autobusie z nowym biletem.

PODRÓŻ DO SHIRAZU.

Mój nowy znajomy wystartował swoim prychającym gratem, a konduktor wykrzyknął: „Prowadź nas, Panie!”, na co pasażerowie odpowiedzieli gromko:

 -W imię boże!

i potoczyliśmy się w stronę jednego z najpiękniejszych miast Iranu. W drodze załoga autobusu i współpasażerowie otoczyli mnie wszechstronną opieką. Częstowali ciastkami, cukierkami, kawą, herbatą, papierosami.

Opowiadali o Iranie oczekując w rewanżu ciekawostek z Polski, która bardzo przypadła im do gustu. Szczególnie spodobały im się zdjęcia warmińsko-mazurskich jezior, gdyż tego typu atrakcje należą do rzadkości w suchym Iranie. Z opisanych powyżej powodów podróż do Shirazu upłynęła w miłej atmosferze.

Grubo po północy na dworcu w Shirazie zebrała się rada starszych, która debatowała, co by tu zrobić, by gość z odległego Lahestonu czuł się dobrze i nie musiał spać na ulicy. Uradzili, że znajdą mi hotel.

Miałem w przewodniku namiary na kilka niedrogich noclegów i poznany w Bandar Abbas kierowca podrzucił mnie swoim autem pod wskazany adres, oczywiście za darmo. Bardzo ucieszył się z naklejki w kształcie polskiej flagi i zostawił swój numer telefonu, na wypadek gdybym czegoś potrzebował.

Hotel okazał się czysty, przytulny, niedrogi i przestronny. Za 2 zł wykupiłem dostęp do WiFi. Dodatkową atrakcją jest TV, lodówka i łazienka w pokoju z WC „narciarskim”. Dogadałem się z jednym z kierowców w sprawie wycieczki do Persepolis, odległego o kilkadziesiąt kilometrów. A także do innych zabytków z czasów przedislamskich.

Poszedłem do banku, by wymienić walutę. Przyjął mnie dystyngowany starszy pan w drogim garniturze i … uwaga …. polecił mi skorzystanie z usług kantoru, bo jego bank oferuje gorszy kurs. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w Polsce i innych krajach. To się nazywa troska o klienta 🙂

Podziękowałem urzędnikowi po persku, czym do reszty zjednałem sobie jego sympatię. Tak, tak, znam już kilka zwrotów w farsi i perskie cyfry. Słowa pisze się od prawej do lewej, a liczby – dla zmylenia przeciwnika – od lewej do prawej. Tutejsze znaki graficzne przypominają powyrywane zęby trzonowe, więc ich nauka idzie mi opornie. No i te pieniądze…Dużo zer i na każdym banknocie ajatollah Chomeini, więc o pomyłkę nietrudno.

Persepolis i okolice zwiedzone,

czas poznać atrakcje Shirazu. Kieruję się do monumentalnej warowni, na stary, klimatyczny bazar z towarami tak egzotycznymi i kolorowymi, że można nabawić się oczopląsu i zawrotów głowy. Dywany perskie, biżuteria, rękodzieło, ceramika i barwne stroje sprawiły, że naprawdę poczułem, czym jest orientalny targ. Można chodzić tu godzinami i nie ma szans na nudę, tyle interesujących towarów można tu znaleźć.

Swe usługi zaproponował mi trzydziestoletni, niepełnosprawny Reza, niezwykle uprzejmy i taktowny, posiadający dużą wiedzę o swoim mieście przewodnik.

Pokazał mi meczet Nasir ol Molk ze wspaniałymi, kolorowymi mozaikami, dywanami i witrażami oraz bogato zdobioną salą kolumnową.

Portier okazał się kolekcjonerem pocztówek z całego świata. Poprosił o kartkę z mojego kraju, która po powrocie do Polski oczywiście wysłałem. Od znajomej, która odwiedziła Nasir ol Molk jakiś czas później wiem, że pocztówka z widokiem Jasnej Góry dotarła do adresata i została umieszczona w jego kolekcji.

Oglądaliśmy też szkołę koraniczną i mauzoleum słynnego poety Hafeza, ukryte w pomarańczowo-palmowym parku, gdzie panuje niezwykle relaksująca atmosfera, a z głośników sączy się spokojna, perska muzyka.

Zabrał mnie tez do klimatycznej herbaciarni. W ciasnym pomieszczeniu ukrytym w bocznej uliczce Irańczycy kurzyli z wielkich faj wonny tytoń o zapachu jabłkowym lub miętowym, popijając herbatę słodzoną dużymi, twardymi bryłami cukru. Moje serce drgnęło z radości, gdy zobaczyłem, że można tam kupić także piwo. Ale był to fałszywy alarm… Piwo bezalkoholowe. Mimo to zamówiłem jedno i przy dźwiękach perskiej muzyki zaciągaliśmy się dymem z wielkiego „bulgulatora”.

W czasie zwiedzania Shirazu podchodzili do nas młodzi ludzie z pytaniami na temat możliwości załatwienia studiów w Europie, ale przewodnik tłumaczył im, że nie trafili na właściwą osobę.

Wracając do hotelu zbiorową taksówką siedziałem obok dwóch młodych, bardzo miłych Iranek. Pytały czy mam profil na jakimś portalu społecznościowym, co chwilę powtarzały moje imię i uśmiechały się przyjaźnie. Przy wysiadaniu jedna z nich powiedziała:

-Martin, I love you!

Upsss…przyznaję, że szczęka trochę mi opadła 🙂

Na ulicach irańskich miast można zobaczyć propagandowe napisy i malunki. Najczęściej można natknąć się na wizerunki Chomeiniego i innych ważnych duchownych oraz zdjęcia wojskowych poległych na wojnie iracko-irańskiej. Widoczne są tez czołgi miażdżące gąsienicami terytorium wroga, bomby spadające z samolotów oraz żołnierskie dłonie zaciśnięte na kolbach karabinów maszynowych i brodaci wojownicy przemierzający pola, góry i pustynie.

Do Shirazu przyjechali Gospodarze. Jechali północnego Iranu ponad 1000 km. Kosztowało ich to kilkanaście dolarów. Zabrali mnie z hotelu i zawieźli do pięknego, nowoczesnego domu ich krewnych.

Potem już całą grupą zwiedzaliśmy Shiraz. Znaleźliśmy się w zabytkowej łaźni z kopulastymi dachami. Podczas zakupu biletów doszło do małej wymiany zdań między Gospodarzem, a kasjerem. Bilet dla mnie jako obcokrajowca kosztował kilka razy więcej, w związku z czym Gospodarz zapytał, czy cena obejmuje np. obcojęzyczne broszury, a kiedy okazało się, że nie ma mowy o czymś takim Gospodarz orzekł, że zamieści informacje o tym skandalu na oficjalnym profilu instytucji odpowiedzialnej za promowanie turystyki.

Później zabrali mnie do meczetu Shah Cheragh, będącego miejscem pochówku dwóch braci, Ahmeda i Muhameda, zabitych podczas prześladowań Abbasydów w 835 roku. I to było COŚ!

We wnętrzu budowli poczułem się jak w ogromnej, błyszczącej brokatem bombce choinkowej. Wewnętrzne ściany i kopuła meczetu wyłożone są mozaiką z tysięcy małych lusterek, co w połączeniu z rzęsistym oświetleniem z kryształowych żyrandoli daje niesamowity efekt! Tylko jak na złość nie wolno robić zdjęć w środku.

Świątynia ma niesamowity klimat. Ktoś zapłakany czyta Koran, ktoś inny dotyka sarkofagu wypowiadając szeptem słowa modlitwy, pobożny ojciec uczy małego synka poprawnego wykonywania pokłonów, duchowny z palcem skierowanym ku niebu naucza wiernych zasad islamu. Wychodząc z tego niezwykłego miejsca należy być zwróconym ku miejscu pochówku i nie wolno odwrócić się plecami.

Po południu wybraliśmy się do pięknego ogrodu. Czas płynął bardzo miło wśród zapachu bratków i jaśminu oraz szumu fontanny i strumyka. Kuzynce Gospodarza podczas wysiadania z auta zsunęła się chusta ukazując włosy. Zarzuciła ją ze śmiechem na głowę mówiąc: muszę to nosić, bo mnie wsadzą do ciupy!

Już na sam koniec dnia odwiedziliśmy herbaciarnię, gdzie po raz kolejny paliliśmy tytoń z bogato zdobionych fajek.

Kilka ciekawostek zaobserwowanych na półmetku pobytu w Iranie. Papier toaletowy należy do rzadkości, zastępują go wężyki z wodą.

O tym, że w irańskiej komunikacji publicznej obowiązuje segregacja płciowa każdy wie, ale przypomnę o tym z reporterskiego obowiązku.

Kolejna ciekawostka: podobno około miliona Irańczyków zażywa nałogowo opium, w tym wiele kobiet. Co jakiś czas słychać o strzelaninach z przemytnikami dostarczającymi ten środek z sąsiedniego Afganistanu.

Ceny: już za 10 USD znajdziemy znośny pokój w nieźle zlokalizowanym hotelu, za niewiele wyższą kwotę dostaniemy nocleg ze śniadaniem, TV i lodówką, co jest bardzo ważne w tym klimacie. Natomiast za równowartość 10 zł dostaniemy paczkę papierosów, dwa napoje owocowe RANI z kawałkami owoców, baton i butelkę wody mineralnej.

PONOWNIE NAD ZATOKĄ PERSKĄ.

Gospodarz pracował kiedyś w nadmorskim Busher i postanowił zabrać tam małżonkę w podróż sentymentalną. Jako że region należy do interesujących również zostałem zaproszony do jego zwiedzenia. Po drodze widzieliśmy nomadów z plemienia Kaszkajów, od którego nazwę zapożyczył Nissan dla swojego crossovera Quashqai. Żyją oni z pasterstwa i co jakiś czas przemieszczają się w inne rejony że swoimi stadami i dobytkiem.

Jadąc do Busher miałem wreszcie okazję usiąść za sterami pojazdu Gospodarza i zmierzyć się z irańskim stylem jazdy. To, że obyło się bez ofiar w ludziach to jakiś cud… W życiu nie widziałem tyłu kierowców mających za nic przepisy drogowe.

Noc zastała nas kilkadziesiąt kilometrów przed wybrzeżem Zatoki Perskiej więc zdecydowaliśmy się przenocować w przydrożnym, nowoczesnym hotelu, przypominającym orientalny pałac. Jednak przegapiliśmy odpowiedni zjazd z autostrady, a że następny był za kilka kilometrów Gospodarz najzwyczajniej w świecie zawrócił i przejechał pod prąd kilkaset metrów….Jakoś nikogo oprócz mnie to nie zdziwiło:-)

Nazajutrz Gospodarz zabrał nas na wiejski jarmark.

Nie wyglądaliśmy na miejscowych, więc budziliśmy zainteresowanie kramarzy i otrzymaliśmy kilkanaście zaproszeń do ich domów na nocleg z pełnym wyżywieniem. Co to znaczy irańska gościnność!!! Od jednego z nich dostałem w prezencie wielką bryłę tytoniu z pozwijanych liści tej rośliny. Będzie co palić jak znowu akcyza pójdzie w górę:-)

W nadmorskim Busher zwiedzaliśmy kolejny bazar i oczywiście nie przepuściłem okazji, by wykąpać się w Zatoce Perskiej. Od Gospodyni dowiedziałem się, że tutejsze prawo zakazuje tego kobietom, no chyba że w pełnym ubiorze…

Po raz wtóry muszę pożegnać Gospodarzy, by udać się do Isfahanu, uważanego za najpiękniejsze miasto w Iranie. Pojechaliśmy więc na dworzec kupić dla mnie bilet na nocny autobus. Na dworcu znowu wszystkie napisy i rozkłady po persku, więc gdyby nie Gospodarze byłby klops….

Dodatkowe utrudnienie to fakt, iż zbliża się Nowruz, czyli irański Nowy Rok i mnóstwo ludzi jedzie odwiedzić rodzinę w odległych miejscach, dlatego wszędzie panuje tłok i rwetes. Jednak dzięki moim irańskim przewodnikom udaje się – nie bez kłopotów – kupić ostatni bilet na ostatni tego wieczoru autobus. Po raz kolejny uśmiechnęło się do mnie szczęście.

Jednak Fortuna kołem się toczy….Po zakupie biletów poszliśmy na zwiedzanie, a samochód zostawiliśmy na opustoszałym parkingu. Jakież było nasze zdziwienie i wkurzenie, gdy po kilku godzinach parking wypełnił się pojazdami, a co gorsza jeden z nich całkowicie zablokował nam wyjazd i nikt nie wiedział gdzie jest właściciel i kiedy się pojawi. Gospodarz niewiele myśląc odpalił swoją maszynę i próbował wypchnąć zawalidrogę, ale auto miało zaciągnięty hamulec ręczny i wrzucony bieg, więc jego wysiłki spełzły na niczym.

Co robić? Czasu do odjazdu mojego autobusu coraz mniej….Gospodyni stanęła więc na czatach, a ja z Gospodarzem przy użyciu scyzoryków, kluczy i śrubokrętów próbowaliśmy włamać się do blokującego wyjazd auta, by zwolnić ten cholerny ręczny hamulec i wrzucić luz. Okazaliśmy się kiepskimi włamywaczami i nasze starania nie przyniosły efektu…Na szczęście pojawił się właściciel samochodu stojącego w sąsiednim rzędzie, odjechał, a nam udało się przepchnąć auto stojące równolegle do naszego i jakoś wyjechać z tego przeklętego parkingu.

Wpadliśmy z Gospodynią na pomysł, by wymierzyć sprawiedliwość ludowa durniowi, który nas zastawił i spuścić mu powietrze z kół, ale Gospodarz odwiódł nas od tego zamiaru i poprzestał na włożeniu za wycieraczkę zawalidrogi karteczki z kilkoma gorzkimi słowami. Mało tego….Tak go wyprowadziła z równowagi ta historia, że po chwili wpakował się do rowu kanalizacyjnego kołami po same osie, ale po raz kolejny udało mu się jakoś wymanewrować i odwieźć mnie na oczekiwany autobus do pięknego Isfahanu…Uffffff:)

NOWY ROK W ISFAHANIE.

Podróż do Isfahanu była długa i mecząca. Nocny autobus jechał wprawdzie szybko, ale we wnętrzu panował upał za sprawą włączonego na full ogrzewania, więc ani na moment nie zmrużyłem oka.

Jednak Isfahan przywitał mnie swoim dobrym duchem w osobie profesora tutejszego uniwersytetu, który na dworcowym peronie podzielił się że mną kanapką i odwiózł bezinteresownie do wskazanego przeze mnie hotelu. Żadna rewelacja ten hotel, ale świetnie zlokalizowany, tani i do tego posiada pralnię, do której oddałem brudne ciuchy. Rozbawił mnie napis w łazience o treści „wrzuć papierek do wiaderka” pod którym jakiś dowcipniś dopisał „a potem pomyśl życzenie”.

W całym Iranie czuć noworoczną gorączkę i związany z nią zapach farby. Irańczycy przed nadejściem Nowego Roku malują wszystko co się da. Płoty, ogrodzenia, drzwi i bramy. Sprzątają posesje i obficie podlewają ogródki. Myją samochody i motocykle. Piorą dywany, które wywieszają na balkonach. Wrzucają datki do niebiesko-żółtych skarbonek, których jest kilka na każdej ulicy, a dochód z nich jest przeznaczony na cele charytatywne. Panuje tłok w sklepach, na bazarach i jarmarkach.

Kolejki ustawiają się przy bankomatach i na stacjach benzynowych. Gospodynie domowe kupują produkty na świąteczne wypieki, dzieciaki wybierają zabawki, a młode damy biżuterię. W jednym że sklepów jubilerskich zwróciłem uwagę na piękny, okazały naszyjnik. Z ciekawości spytałem o cenę. 20 000 USD:)

Na irańskich ulicach widać dużo osób z plastrem na nosie. Ktoś wyjaśnił mi, że ostatnio popularne są operację plastyczne tej części ciała. Podobno nawet mieszkańcy państw znad Zatoki Perskiej przyjeżdżają w tym celu do Iranu, gdzie zabieg ten jest wiele tańszy niż u nich.

W Isfahanie panuje niesamowity klimat i to nie tylko za sprawa nadchodzącego Nowego Roku. Najpopularniejszym miejscem jest Plac Imama Chomeiniego. Olbrzymi, prostokątny, otoczony piętrowymi zabudowaniami (iluminowanymi w nocy) przypominającymi krakowskie Sukiennice, gdzie mieszczą się sklepy z rękodziełem i pamiątkami oraz tradycyjnymi irańskimi słodyczami.

W centralnej części placu mamy sadzawkę, maszt z flagą i posterunek policji turystycznej, czuwającej nad bezpieczeństwem licznych zwiedzających. Widziałem ich nawet w akcji. Zauważywszy bójkę jakichś dwóch wyrostków błyskawicznie odpalili motocykl, przejechali przez trawnik i bez zbędnych dyskusji spacyfikowali agresorów i doprowadzili ich do posterunku. Zaraz potem jakaś starsza, otyła kobieta w czarnym czadorze zaległa na progu komisariatu (może to matka któregoś z zatrzymanych?), darła się wniebogłosy i zalewała łzami, jednak policjanci pozostali nieugięci. Po chwili zasłabła, więc pojawiła się karetka na sygnale.

Plac Imama Chomeiniego to tradycyjne miejsce piknikowe mieszkańców Isfahanu i turystów. Siedzą oni na ławkach, kocach i trawnikach, jedzą, piją herbatę z samowarów i palą fajkę wodną. Często zapraszają innych do przyłączenia się do nich.

Kolejną atrakcją tego miejsca są przejażdżki dorożkami. Stukot podków i dźwięk dzwonków przymocowanych do dyszli rozlega się po całym placu i miesza z piskiem dzieciaków zachwyconych przejażdżką.Kolejną spektakularna atrakcją Isfahanu jest Most 33 Łuków.

Ta licząca kilkaset lat budowla spina brzegi rzeki, niestety wyschniętej o tej porze roku. Most również przypomina krakowskie Sukiennice i szczególnie pięknie wygląda w nocy, gdy podświetlają go pomarańczowe lampy. Pojechałem tam po zapadnięciu zmroku, by zrobić kilka zdjęć. Taksówkarz, z usług którego skorzystałem powiedział, że z okazji Nowego Roku jestem jego gościem i nie weźmie ode mnie pieniędzy za kurs i złożył mi życzenia noworoczne. Kilkakrotnie spytałem, czy dobrze zrozumiałem, ale sympatyczny starszy pan potwierdził i pożegnał mnie z uśmiechem, po raz kolejny życząc udanego pobytu w Isfahanie i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku.

Cóż….nie miałem zastrzeżeń do gościnności i uprzejmości Irańczyków, ale to chyba ich najjaskrawszy tego przykład. Sesja fotograficzna na moście trochę się przeciągnęła, więc poszedłem spać później niż zwykle.

Rano obudziło mnie pukanie do drzwi. To obsługa hotelu przyniosła moje ciuchy z pralni. Zaraz, zaraz, ale gdzie się podziały spodnie i ręcznik? Okazało się, że praczka włożyła moje rzeczy do innego worka i znalazły się w posiadaniu jakichś turystów, którzy właśnie odjeżdżają z hotelowego parkingu!!! Nie pozostało mi nic innego jak wybiec w negliżu na parking i odzyskać moje ubrania Ręcznik i spodnie udało mi się odebrać, ale diabli wzięli koszulkę i kilka par skarpetek.

Po nietypowej pobudce wybrałem się na zwiedzanie okazałego, starego meczetu. Trafiłem na porę modlitwy, więc na placu przed świątynią widziałem tłumy wiernych myjących się przy licznych kranach przed rozpoczęciem modłów. Towarzyszyło im donośne zawodzenie muezzina. Zdjąłem buty i wszedłem do wnętrza…To było COŚ….!!!

Liczni wierni klęczeli dotykając czołem ziemi, wstawali, stali z zamkniętymi oczami i dłońmi uniesionymi ku niebu… Widać było duży ładunek emocji i religijnego uniesienia. Wreszcie poczułem tu Iran z moich i chyba nie tylko moich wyobrażeń. Klęczący, zwrócony w stronę Mekki, rozmodlony…

Po wyjściu z meczetu trafiłem na tłoczny i gwarny jarmark. Dawno nie widziałem takiego ścisku! Tłum ludzi wchłonął mnie i porwał w nieznanym kierunku, bez szans na uwolnienie się i dłuższą chwilę zajęło mi wydostanie się z tej ciżby, stłoczonej, gęstej i opętanej szałem przedświątecznych zakupów.

Dostałem nawet życzenia świąteczne od samego prezydenta Iranu! Nie, to nie żart! Na moją irańską kartę SIM przyszedł SMS z okazji nadejścia Nowego Roku sponsorowany przez Kancelarię Prezydenta Iranu!!!! Zachowam go na pamiątkę, w końcu nie codziennie dostaje się życzenia od głowy państwa.

Nadejście nowego 1393 roku Irańczycy wspólnym ucztowaniem w gronie rodziny, dlatego ulice opustoszały. Nie pracują banki, urzędy i sklepy. Pustkami świecą bary, kawiarnie, place i targi. Jeszcze kilka zdjęć na pamiątkę i o świcie melduję się na dworcu autobusowym, ściskając w dłoni bilet do Yazd, jednego z najstarszych miast na ziemi. Bilet oczywiście pełen niezrozumiałych perskich liter i cyfr, na dworcu to samo – tablice informacyjne, rozkłady jazdy, nazwy firm autobusowych pozostają dla mnie nieodkrytym sekretem.

YAZD. WIEŻE MILCZENIA I WIECZNY OGIEŃ.

Musiałem wyglądać jak ostatni dureń, bo zaraz znalazł się gość, który spytał czy czegoś mi nie potrzeba i na dobry początek znajomości poczęstował garścią orzechów pistacjowych z własnego ogrodu. Wskazał mi właściwy autobus i zajęliśmy miejsca obok siebie. Opowiedział, że jest chrześcijaninem, pół-Ormianinem, pół-Irańczykiem i jego największym marzeniem jest znalezienie chrześcijańskiej żony, co nie jest proste w zdominowanym przez islam Iranie.

Po kilku godzinach jesteśmy w Yazd. Na widok zagranicznego turysty następuje poruszenie wśród dworcowych taksówkarzy i ceny gwałtownie idą w górę. Mój towarzysz podróży negocjuje z nimi twardo i w końcu dochodzi do konsensusu z jednym z szoferów. Taksówka odwozi mnie do hotelu i pomimo moich protestów płaci za nią mój nowy znajomy.

Celowo wybieram pokój z widokiem na zagracone podwórko zamiast lokum z oknami na piękny plac z fontanną i kolorowy meczet. Wolę się wyspać. Już wiem, że irańskie ulicę są bardzo głośne do późnej nocy.

Ruszam na podbój Yazdu. To średniej wielkości miasto, zagubione wśród brązowożółtej pustyni słynie ze szczególnego rodzaju klimatyzacji. To tzw. badgiry,

czyli wielkie kominy na dachach domostw, ale zatkane od góry, posiadające za to boczne, podłużne otwory, służące do chwytania wiatru. Kominy są tak wyprofilowane w środku, że złapany wiatr chłodzi rozgrzane wnętrza, dając tym samym ulgę w upalny, letni czas. Zwiedzam też starówkę,

prastarą plątaninę wąskich uliczek, wijących się, wznoszących i opadających wśród glinianych, brązowych domów z masywnymi, drewnianymi drzwiami, na których zamocowane są solidne, metalowe kołatki. Jedne są owalne, inne podłużne. Osobne dla kobiet i mężczyzn. Zgadnijcie które dla kogo:-)

Nazajutrz taksówką wyruszam kilka kilometrów za miasto. Są tam dwa posępne, surowe wzgórza, z czymś w rodzaju niskich wież, a właściwie grubych, kamiennych pierścieni.

To Wieże Milczenia, tradycyjne miejsca specyficznego pochówku zoroastrian, przedislamskiej religii dawnego Iranu. Zwłoki były wykładane na szczytach wież na pożarcie ptactwu, gdyż zoroastrianie wierzyli, że rozkładające się szczątki ludzkie zanieczyszczają ziemię. Obecnie ten zwyczaj jest zakazany, a żyjący jeszcze w Iranie wyznawcy tej religii chowają zmarłych w betonowych sarkofagach, uniemożliwiających skalanie ziemi doczesnymi szczątkami ich bliskich.

Inne ciekawe miejsce w Yazd, także związane z zoroastrianizmem to Świątynia Ognia. Niepozorny, parterowy budynek, w którym za grubą szyba od setek lat płonie nieprzerwanie Święty Ogień.

Przyszedł czas na dalszą podróż. Na dworcu autobusowym okazuje się, że bilety w stronę pustynnego Tabas są dostępne dopiero na… pojutrze. Postanawiam więc jechać tam stopem.

Dworzec autobusowy w Yazd opuściłem na tarczy. Nie wchodziło w grę dwudniowe oczekiwanie na kolejny autobus, więc postanowiłem wydostać się na trasę wylotową w stronę Tabas i tam popróbować szczęścia w łapaniu okazji. Jednak pogoda nie była moim sprzymierzeńcem tego dnia. Nadciągnęły ciemne chmury i zaczął wiać przenikliwy, zimny, pustynny wiatr. Założyłem więc zimową kurtkę, która niedawno przeklinałem nad upalną Zatoką Perską, gdyż tylko zajmowała mi miejsce w plecaku.

Taksówkarz długo nie mógł zrozumieć dlaczego chcę jechać na całkowite pustkowie. Gdy dojeżdżaliśmy do celu rozpadał się deszcz, a temperatura spadła drastycznie do zaledwie kilku stopni powyżej zera.

Kierowca nie potrafił zlokalizować miejsca które wskazałem mu na mapie, więc podjechał do patrolu drogówki, czuwającego w zatoczce nad bezpieczeństwem w ruchu drogowym. Na szczęście jeden z policjantów mówił po angielsku i wytłumaczył mi, że łapanie stopa na krętej, górskiej drodze przy takiej pogodzie może mieć opłakane skutki. Poradził, by taksiarz podrzucił mnie jeszcze ok. 20 km do posterunku policji i tam znajdę pomoc. Pomyślałem: ”i pewnie darmowy nocleg na pryczy w zakratowanym pokoju”, ale nie miałem wyjścia. Szofer dowiózł mnie do małego komisariatu drogowego i zaprowadził do oficera dyżurnego.

W Iranie co kilkadziesiąt kilometrów są takie małe posterunki z kilkuosobową załogą. Funkcjonariusze kontrolują stan techniczny pojazdów, dokumenty i wyrywkowo tożsamość pasażerów, po czym życzą szerokiej drogi i pozwalają jechać dalej wstawiając pieczątkę do karty drogowej autobusu.

Oficer dyżurny spoglądał na mnie z niedowierzaniem, ale kiedy wyjaśniłem mu co jest grane kazał młodemu przynieść mi krzesło i zaparzyć herbatę. Młody nawet zasalutował mi, podając szklankę, ale nie zdążyłem się napić, bo do okienka zapukał kierowca autobusu zmierzającego w stronę Tabas. Dyżurny wskazał na mnie, wstawił pieczątkę do karty drogowej, przybiliśmy piątkę i po chwili toczyłem się w upragnionym kierunku.

Na postoju cześć pasażerów poszła na modły do meczetu, a inni rozgrzewali się herbata z ogromnego samowaru. Jednak to nie koniec przygód tego dnia. Autobus omijał główny dworzec w Tabas, wysadził jedynie kilku pasażerów na przedmieściach i pojechał dalej w kierunku oddalonego o kilkaset kilometrów Mashhadu.

Gdy światła miasta zaczęły niknąc gdzieś z tyłu obciąłem się, że coś jest nie tak. Jeden z pasażerów pomógł mi wyjść z sytuacji i poprosił kierowcę, by zatrzymał autobus. Odebrałem swoje graty z bagażnika i myślałem, że czeka mnie kilkunastokilometrowa, nocna przechadzka poboczem w stronę Tabas, ale nie zostawili mnie samego.

TABAS I OKOLICE.

Kierowca z konduktorem wyszli na trasę i zaczęli zatrzymywać okazję dla mnie. Złapali jakiegoś grata kierowanego przez przerażonego młodzieńca, wiozącego równie przerażona żonę i dwójkę maluchów. Kazali mi zapakować się do auta i wychwyciłem z ich gadki słowo ”policja”, co pewnie miało związek z faktem, iż na polecenie tej instytucji znalazłem się w autobusie.

Oczy kierowcy grata zrobiły się jeszcze większe z przerażenia, jednak dowiózł mnie do wskazanego hotelu. ”Super miejscówka”- pomyślałem na widok okazałego zajazdu.

Czekało mnie jednak kolejne rozczarowanie. Hotel był wypełniony do ostatniego miejsca. Pozostało więc złapanie taksówki i szukanie innego noclegu. Wyszedłem na drogę i zacząłem machać na mknące pojazdy.

Po chwili miałem śpika do pasa i drżałem z zimna. Jakiś gość stojący na pobliskim parkingu zaprosił mnie do swojego auta, bym się trochę ogrzał, a po chwili postanowił mi pomóc w znalezieniu lokum. Niestety, w innych hotelach też nie było miejsca. Wykonał więc kilka telefonów i jeden z jego znajomków zgodził się udzielić mi schronienia. Wziął mnie do swojego auta, wywiózł gdzieś na przedmieścia i wjechał w ciemną, pustą uliczkę. „Teraz poderżnie mi gardło i zabierze kasę i paszport”- pomyślałem z wisielczym humorem. „Niech bierze, trupowi forsa i dokumenty niepotrzebne.” 😉

Jednak koleżka nie miał żadnych wrogich zamiarów i udostępnił mi swój pokój z aneksem kuchennym, łazienką i WC, pusty z powodu wyjazdu żony do rodziny, a sam poszedł spać do rodziców.

Rano pojawił się gotów udzielić mi każdej pomocy. Zaczęliśmy od wymiany waluty. Banki jakoś się nie kwapiły, nie wiem dlaczego, poza tym większość z nich była zamknięta z powodu ferii noworocznych. Poszliśmy więc do jubilera, który zaoferował mało korzystny kurs, ale znowu nie było wyboru.W jednej z gablot w jego zakładzie zauważyłem kilka polskich monet, zostawionych pewnie przez obieżyświatów z Polski, którzy pewnie też wymieniali pieniądze w tym miejscu. Koleś u którego nocowałem okazał się kierownikiem niewielkiej restauracji, do której zaprosił mnie na omlet i herbatkę.

W samym Tabas nie ma czego zwiedzać, ale za to kilkadziesiąt kilometrów za miastem znajduje się oryginalna, nieskażona masową turystyką oaza o nazwie Ezmirghan, dokąd udałem się taksówką prowadzona przez starszego pana, któremu nadałem pseudonim Mr. OK, bo tylko ten zwrot w języku angielskim nie był mu obcy. Pan OK zawiózł mnie do Ezmirghanu,

pustynnego skupiska kilkudziesięciu kamiennych domostw, położonych wśród palm. Osadę opływa przyjemny, szumiący potok, a po jej wąskich uliczkach siwobrodzi pasterze poganiają stada kóz oraz osiołki z chrustem i tobołkami na grzbietach.

Kolejnym punktem programu – jakże spektakularnym – był długi i głęboki kanion, wyrzeźbiony w potężnych, brązowych skałach przez wodę.

Dnem kanionu płynął bystry, lodowaty strumyk, przez który co chwilę przeskakiwało się po śliskich kamieniach.

Wieczorem pan OK zabrał mnie jeszcze do przyjemnego parku i w ruiny prastarej, glinianej twierdzy, która nabrała różowo-pomarańczowych barw w promieniach zachodzącego nad górami słońca. Na zakończenie dnia zaprosił na herbatę do sklepu prowadzonego przez jego synów, gdzie oczekiwałem na odjazd pociągu do Mashhadu, najświętszego miasta w Iranie, miejsca pochówku Rezy, Ósmego Imama, który właśnie tam zakończył żywot skrytobójcza śmiercią.

Wieczorem miał miejsce jeszcze jeden zabawny akcent. Rano zostawiłem plecak w restauracji kolesia, u którego nocowałem i teraz musiałem go odzyskać. Jednak w gąszczu identycznych uliczek i budynków opisanych perskimi krzaczkami straciłem orientację i nie wiedziałem jak trafić do tej swoistej, jednorazowej przechowalni bagażu. Nazwy knajpy nie znam, adresu nie pamiętam. Pięknie. Na szczęście rano zrobiłem zdjęcie mojemu dobroczyńcy i teraz pokazywałem je napotkanym ludziom, pokazując, że szukam plecaka. Zrobiło się z tego niezłe zamieszanie, bo jakiś gość zrozumiał, że facet ze zdjęcia zakosił mi plecak i trzeba wezwać policję, jednak odwiodłem go od tego zamiaru. Na szczęście kelner w jednej z knajp poznał na zdjęciu swojego kolegę po fachu i skierował mnie do jego restauracji, gdzie odzyskałem moje graty.

Udałem się zatem na stację, gdzie przy wejściu zgarnął mnie patrol i zaprowadził na dworcowy komisariat. Sprawdzili paszport, wpisali moje dane do ogromnej księgi i poczęstowali piwem jabłkowym. Bezalkoholowym oczywiście.

U GROBU ŚWIĘTEGO MĘŻA.

W przedziale sypialnym było czysto i komfortowo, więc spałem smacznie do samych przedmieść Mashhadu. Obudziło mnie światło. Było jasno….Bardzo jasno… Nie mogłem własnym oczom uwierzyć. Jak wzrokiem sięgnąć pustynię pokrywała kilkucentymetrowa warstwa śniegu, mieniącego się i błyszczącego w świetle wschodzącego słońca. A kilka dni temu smażyłem się na upalnym południu.

Po dojeździe do Mashhadu poprosiłem jednego z nielicznych anglojęzycznych pasażerów o pomoc w zakupie biletu na następny dzień do Teheranu. Zgodził się ochoczo. Zaprowadził mnie do agencji turystycznej, gdzie nie było takich kolejek jak w dworcowych kasach i pomógł mi stać się szczęśliwym posiadaczem upragnionego biletu do stolicy Iranu. Do ceny musiałem doliczyć 30 groszy za zakup biletu za pośrednictwem internetu, gdyż biuro nie dysponowało stałym łączem.

Mój nowy znajomy dowiedziawszy się, że szukam noclegu zaproponował mi zatrzymanie się u niego i oprowadzenie po mieście. Początkowo odmówiłem, ale w końcu zgodziłem się. Zawsze lepiej mieć kogoś, kto pomoże w orientacji w trzymilionowej metropolii.

Po południu dojechaliśmy metrem do ronda oddalonego kilka kilometrów od mauzoleum Imama Rezy. Mój przewodnik zadecydował, że na miejsce dotrzemy mototaksówką. Wpakowaliśmy się więc na siedzenie motorka i w trójkę (przewodnik, ja i kierowca) pomknęliśmy zakorkowanymi ulicami Mashhadu w stronę grobowca Ósmego Imama. Miejsca na motorku było bardzo mało jak dla trzech dorosłych chłopa, więc tyłek zwisał mi za siedzenie pojazdu, a nogę trzymałem na rozgrzanej rurze wydechowej. Oczywiście nikt z nas nie miał kasku.

Po chwili znaleźliśmy się przed olbrzymim kompleksem, kryjącym doczesne szczątki Imama Rezy. Koszt kursu – 1 zł. Dodatkowe atrakcje w postaci inhalacji dymem z rur wydechowych i ocierania się o przejeżdżające autobusy- w cenie przejazdu:-)

Zastanawiałem się wielokrotnie, czy jechać do Mashhadu, odległego miasta gdzieś pod granicą Turkmenistanu i Afganistanu. Irańczycy zapytani o to miejsce dziwili się po co tam jadę. „Miasto jak miasto, nic tam nie ma oprócz grobowca Imama Rezy….pewnie cię to nie zainteresuje, nie jesteś muzułmaninem”…Ale coś mówiło mi, że muszę odwiedzić to miejsce i nie myliłem się. Warto było tłuc się pociągiem kilkaset kilometrów, by TO zobaczyć.

Mashhad to najświętsze miejsce w Iranie za sprawą wspomnianego wyżej grobowca Rezy, Ósmego Imama. Każdego roku kilkanaście pielgrzymów przybywa tu, by złożyć hołd świętemu mężowi. Mauzoleum Rezy robi wrażenie swoim ogromem, pięknem, a przede wszystkim niesamowitą atmosferą.

To wielohektarowy kompleks meczetów, muzeów i innych obiektów. Jest tu wszystko czego może potrzebować pielgrzym. Nie można tu wejść ot, tak sobie. Kobiety muszą mieć na sobie obowiązkowo czadory, zakrywające szczelnie całe ciało, mężczyzn również obowiązuje odpowiedni strój.
Przed wejściem na teren kompleksu ochrona przeszukuje wszystkich, nie pozwala wnieść aparatów fotograficznych, a bagaże trzeba zostawić w przechowalni. Odebrali mi nawet małą latarkę, przydatną w nocy do studiowania mapy w ciemnym autobusie.

Brak aparatu fotograficznego był mi wyjątkowo nie na rękę. Nie wyobrażałem sobie, że nie zrobię zdjęć w TAKIM miejscu….Ale jak mus to mus….Nie dałem jednak za wygrana. Wcisnąłem tablet za pasek spodni z tyłu i z kamienną twarzą dałem się przeszukać. Udało się! Wniosłem urządzenie na teren świątyni, teraz pozostało pytanie, czy będzie mi dane zrobić z niego użytek.

Po przekroczeniu bramki znalazłem się na olbrzymim dziedzińcu o powierzchni kilkunastu boisk piłkarskich, wyłożonym czerwonymi dywanami. Nadchodziła pora modlitwy, więc wiernych przybywało w ekspresowym tempie. Wózkarze dostarczali nowe dywany, rozkładali je w pośpiechu, po chwili ich powierzchnia zapełniała się setkami wiernych, zostawiających buty na obrzeżach dywanów. Po chwili cały plac wypełnił się kobietami w czarnych i białych czadorach oraz mężczyznami w skromnych strojach.

Porządkowi w granatowych uniformach, wyposażeni w kolorowe, z daleka widoczne miotełki, wskazywali wiernym dokąd mają się udać i czuwali nad sprawnym przebiegiem tego ogromnego zgromadzenia. Wciąż kombinowałem czy uda mi się uwiecznić ten niesamowity widok, ale gdy zauważyłem, że nikt nie czepia się osób robiących zdjęcia komórkami również dobyłem sprzęt i poszedłem w ich ślady, fotografując barwne, bogato zdobione kopuły, wysokie minarety i modlących się licznych wiernych.

Teraz pora na gwóźdź programu. Czas stanąć u grobu świętego męża. Po wejściu do ogromnej świątyni łatwo stracić wzrok od tysięcy malutkich lusterek, ułożonych w misterną mozaikę, błyszczących światłem setek żarówek umieszczonych w ogromnych żyrandolach.

Mój przewodnik wziął Koran z półki i pogrążył się w modlitwie. Czytał święte wersety i podśpiewywał coś pod nosem. We wnętrzu panował niesamowity tłok. Setki ludzi przepychało się w kierunku mauzoleum Rezy. Co chwilę jacyś starsi mężczyźni wydawali okrzyk na cześć Ósmego Imama, a liczni pielgrzymi odpowiadali im na całe gardło.

Miejsce w którym spoczywa Reza to coś w rodzaju wysokiej na kilka metrów złotej, bogato zdobionej, rzeźbionej klatki, w której znajduje się kamienny sarkofag. Tłum napierał coraz mocniej. Każdy chciał choć na chwilę dotknąć miejsca pochówku świętego. Hałas, tłok, rozcapierzone palce skierowane w stronę grobowca, szlochy, okrzyki, ktoś upada, podnosi się, idzie dalej, starcy o kulach, dzieci na ramionach ojców, plątanina ciał. Głośne zawodzenie „Reeeezaaa, Reeeeezaaaa” z głośników…..Ostre światło, zwielokrotnione i odbijające się w tysiącach lusterek….Szczęście tych, którym udało się dotknąć grobowca. Odchodzą z załzawionymi oczami, z okrzykiem na ustach. Mam wrażenie, że wstąpiła w nich jakaś niezrozumiała dla mnie moc. To trzeba zobaczyć!

Pomyślałem „teraz, albo nigdy!”. Wyciągnąłem tablet zza paska spodni i udało mi się zrobić z ukrycia kilka zdjęć i nawet nakręcić krótki filmik.

Na szczęście wszyscy byli tak zaabsorbowani sprawami religijnymi, że nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

Po silnych przeżyciach duchowych w mauzoleum Imama Rezy mój przewodnik zaprosił mnie na wspólne palenie fajki wodnej. Wodę służącą do filtrowania dymu zmieszał z mlekiem, co było dla mnie nowością i przyjemnym zaskoczeniem. Paliliśmy tytoń o zapachu kokosowym, sama radość!

PROWINCJA GILAN.

Z Mashhadu pojechałem nocnym pociągiem do Teheranu, gdzie przesiadłem się na autobus do Rasht, położonego na północnych rubieżach Iranu, w prowincji Gilan, przypominającej nasze Beskidy, tyle że wzbogacone o pola ryżowe i wybrzeże Morza Kaspijskiego. To jeden z najbardziej zielonych zakątków Iranu w odróżnieniu od suchej i półpustynnej reszty.

Wskazałem taksiarzowi niedrogi hotel znaleziony w przewodniku, ale ten powiedział, że mój przewodnik jest „no important” i znajdzie mi lepsze lokum i zaczął mnie wozić po droższych hotelach, które pewnie płaciły mu prowizję za zwerbowanych klientów. W końcu jednak zobaczył, że niewiele wskóra i znalazł mi tani nocleg.

Było zbyt późno na urządzanie wycieczek, a i zmęczenie dawało znać o sobie, więc postanowiłem zwiedzanie przełożyć na kolejny dzień, ale za to rozpocząć je o świcie. Jednak herbatki nie mogłem sobie odmówić i wybrałem klimatyczny lokal, gromadzący wieczorami tutejszych emerytów w szarych marynarkach, którzy wpadają pogadać z kolegami przy herbacie, zagrać w warcaby i zapalić papieroska. Praktycznie w całym Iranie można kupić papierosy na sztuki i odpalić je zapalniczką przywiązaną sznurkiem do stołu, krzesła lub baru.

Nazajutrz chciałem zjeść śniadanko przed wyruszeniem na wycieczkę. Zastanawiałem się czy znajdę odpowiedni lokal, bo w pobliżu mojego hotelu raczej nie widziałem takich przybytków, ale to śniadanko znalazło mnie. Idąc ulicą usłyszałem:

-Mister! Omlet? Czaj?

Pewnie, że tak! I po chwili ruszyłem na wycieczkę w góry wzmocniony pysznym omletem z pomidorami i przyprawami. Tego dnia moim pierwszym celem była górska wioska Masuleh, leżąca na końcu doliny, dnem której płynie spora rzeczka. Nad jej brzegami setki irańskich rodzin urządziły sobie pikniki i grille, oczywiście z nieodłączną herbatą z samowarów i fajkami wodnymi.

Masuleh wygląda imponująco. Zabudowania tej starej wsi są jakby przyczepione do zbocza góry, pościskane, a dach jednego domostwa stanowi podwórko posesji znajdującej się powyżej. Poza tym wioska ta trochę przypomina mi podobne miejsca gdzieś w Nepalu lub himalajskich prowincjach Indii.

Dojechałem tu zbiorową taksówką z młodą parą inżynierów z Teheranu, którzy nawet nie chcieli słyszeć, bym płacił za przejazd. Powiedzieli, że jestem ich gościem i już.

Po południu postanowiłem pojechać w stronę wybrzeża Morza Kaspijskiego. I znowu trafiam na młodych pasażerów, tj. sympatycznego nauczyciela języka angielskiego i jego żonę, którzy pokrywają za mnie koszt przejazdu….Ech, przemili są ci Irańczycy. Na każdym kroku dowodzą swojej gościnności, uprzejmości i przyjacielskości. Wszystko to robią całkiem bezinteresownie.

Mało tego, w nadmorskim Anzali ponownie spotykam tę samą uprzejmą młodą parę. Stoimy razem w kolejce po bilety na przejażdżkę łodzią po porcie i ujściu rzeki. I znowu płacą za mnie i zapraszają do ich łodzi. Rewanżuję się zaproszeniem na kolację, ale wymawiają się zaplanowaną uroczystością w gronie rodziny. Jeszcze kilka pamiątkowych fotek na wysepce w ujściu rzeki i żegnamy się wśród uśmiechów i wzajemnych uprzejmości.

Przed zachodem słońca udaje mi się odwiedzić plażę na kaspijskim wybrzeżu i wracam do hotelu po intensywnym, pełnym wrażeń i nowych znajomości dniu. Jeszcze opowiem o tutejszych znakach drogowych i innych, np. tabliczkach informacyjnych. Otóż w Polsce na znaku ostrzegającym o przechodzących przez jezdnię zwierzętach widnieje krowa lub w terenach pozamiejskich jeleń. A w Iranie wielbłąd:-)

Na tutejszych drogach obowiązują dwie prędkości dopuszczalne. Inna za dnia, inna – niższa – w nocy. W sumie logiczne. Na małych dworcach autobusowych nie ma napisów alfabetem łacińskim, wszystkie informacje są w języku perskim. Nawet nie wiecie jakie to utrudnienie. Choćby znalezienie WC jest sporym wyzwaniem. Nie ma nawet piktogramu oznaczającego „dla pań” lub „dla panów”. Nie pozostaje nic innego jak czekać, by zobaczyć gdzie wchodzą panie, a gdzie panowie. Gorzej, gdy przez dłuższą chwilę nikt nie wchodzi, a potrzeba nagli:-)

Na koniec kilka ciekawostek z dziedziny prawa koranicznego, zasłyszanych od poznanych po drodze tutejszych. Za picie alkoholu grozi kara chłosty, 70 batów. Za poważniejsze zbrodnie, np. zdradę małżeńską można być skazanym na karę śmierci przez ścięcie lub ukamienowanie. Za mniejsze występki, np. za zbyt głośną imprezę w gronie znajomych płci przeciwnych, nie będących rodziną – sąd i grzywna. To samo za zbyt wyzywający makijaż lub ubiór, za noszenie chusty (w wypadku pań oczywiście) niezbyt dokładnie zasłaniającej włosy.

Zakazane są: alkohol, wieprzowina, pornografia i homoseksualizm, a nawet podawanie ręki płci przeciwnej na powitanie w miejscu publicznym. Jednak – jak mówią tubylcy – ostatnio nastąpiła znaczną liberalizacja, zwłaszcza w większych miastach i nie stosuje się już części drakońskich kar za niektóre przewinienia, choć jeszcze kilka lat temu zdarzały się najścia tzw. Strażników Rewolucji na imprezy studenckie w mieszanym gronie, czasem zakrapiane alkoholem i umieszczanie ich uczestników na „dołku” i karanie grzywną, a nawet relegowanie z uczelni.

OSTATNI DZIEŃ W IRANIE.

W dzień powrotu odwiedziłem słynny budynek byłej ambasady USA w Teheranie,

który pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku stał się areną wydarzeń, które wstrząsnęły światem. W odwecie za udzielenie przez USA azylu ostatniemu szachowi Iranu, islamscy fanatycy określani eufemistycznie „studentami” zajęli ambasadę amerykańska, wzięli zakładników i okupowali ja przez 444 dni. Amerykanie przeprowadzili całkowicie nieudaną operację odbicia zakładników. Jeden z ich samolotów spadł na pustynię, nie doleciawszy do celu, co islamskie władze zinterpretowały z korzyścią dla siebie jako „znak od Boga”.

Dziś ambasada stoi pusta, a okalający ją mur jest pełen antyizraelskich i antyamerykańskich graffitti, których nie wolno fotografować. E, tam…..nie wolno:-)

CMENTARZ DULAB.

Ostatnie chwile przed wylotem postanowiłem spędzić w mało popularnym, miejscu, tj. cmentarzu Dulab we wschodnim Teheranie.

Spoczywają tu żołnierze armii generała Władysława Andersa, wycieńczeni ciężkimi warunkami drogi ze Związku Sowieckiego. Wielu z nich na zawsze zostało w irańskiej ziemi. Kraj ten bardzo chętnie przyjął polskich uchodźców i udzielił im schronienia. W tym także setkom polskich dzieci, uciekających przed stalinowskimi siepaczami. Mało znany, a pasjonujący wątek naszej historii i jeszcze jeden przykład tego, jak wspaniale Irańczycy traktują swych gości.

Na cmentarzu Dulab spoczywają także inne ofiary drugiej wojny światowej. Włosi, Francuzi, Węgrzy, Rosjanie…..Jednak największą powierzchnię zajmują nagrobki Polaków, w tym teherańskiej Polonii, niektóre sprzed kilku czy kilkunastu lat.

Gdy wykonuję znak krzyża, by chwilą modlitwy uczcić zmarłych, moi irańscy znajomi – muzułmanie przecież – czynią to samo… Po raz pierwszy w życiu! Niesamowite… Chwilę później odmawiają swoją, muzułmańską modlitwę za zmarłych. Twierdzą, że to piękny gest z mojej strony, że pamiętam o rodakach, którzy tu spoczęli.

W administracji cmentarza częstują mnie herbatą, wręczają mapkę z rozmieszczeniem polskich mogił żołnierskich, oferują film na DVD o historii cmentarza i pokazują notes, pełniący rolę książki odwiedzających. Jest kilka wpisów od turystów i Polonii, nie tylko teherańskiej, ale też amerykańskiej czy kanadyjskiej.

Ostatni dzień w Iranie mija bardzo szybko. Zakupy pamiątek, wymiana adresów mailowych z tutejszymi ludźmi, którzy byli bardzo pomocni i gościnni, długie kwieciste pożegnania i podziękowania, szybkie pakowanie, taksówką i znów jestem na lotnisku im Imama Chomeiniego.

WARTO ZNAĆ NERGALA 😉

W jednym że sklepów z pamiątkami, które oglądam z nudów, sprzedawca dowiedziawszy się, że jestem z Polski, pyta czy znam Adama Darskiego „Nergala”, którego jest wielkim fanem. Cóż, nasze gusty muzyczne całkiem się rozmijają, lecz z uprzejmości potwierdzam, że to mój rodak. Skutek jest taki, że otrzymuję piętnastoprocentowy upust na zakupy w tym sklepie:-) Czyli warto znać Nergala 😉

Opowieść tę dedykuję moim polskim i irańskim przyjaciołom, którzy pomogli walnie przy organizacji wyjazdu oraz wszystkim ludziom dobrej woli napotkanym po drodze.

Teheran, 31 marca 2014 lub wg kalendarza irańskiego 11 farvardin 1393.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *