Kazachstan, Tadżykistan, Kirgistan – Pamir Highway

Halo, halo, nasze mikrofony i kamery zainstalowaliśmy dziś w Almaty w Kazachstanie. Na początek kilka faktów o tym kraju. Leży częściowo w Europie, częściowo w Azji. Pod względem powierzchni jest to dziewiąte państwo świata. Na jego obszarze zmieści się pięć największych krajów Europy.

Jest też największym państwem na Ziemi bez dostępu do morza. Bo przecież Morze Kaspijskie to tak naprawdę wielkie jezioro. Występuje tu większość pierwiastków wymienionych w tablicy Mendelejewa, w tym uran. Są złoża węgla, ropy i gazu. Kazachstan graniczy z Rosją, Chinami, Kirgistanem i Uzbekistanem.

Mieści się tu największy na świecie kosmodrom Bajkonur, skąd Gagarin poleciał ku gwiazdom. Poligon nuklearny Semipałatyńsk to też Kazachstan. Do niedawna stolicą było miasto Almaty (w wersji rosyjskiej Alma Ata) przy granicy z Kirgistanem, ale jakiś czas temu zbudowali  w środku stepu Astanę, taką kazachską odpowiedź na Dubaj i przenieśli tam stolicę. Niestety, podczas tej podróży nie będzie dane mi tam gościć. Kazachstan może też poszczycić się najwyższym kominem na świecie, liczącym prawie 420 m elementem jednej z elektrowni.

Niestety, Kazachstan przoduje też w innym niechlubnym zestawieniu. Tutejsza korupcja nie ustępuje tej w ubogich państwach afrykańskich. Nieładnie.

Zniesienie wiz, wystawa Expo w Astanie  i ogólne otwarcie na świat przełożyły się na zwiększone zainteresowanie Kazachstanem, co z kolei wymusiło obniżki cen biletów na loty w tym kierunku. Latają tu z Warszawy m.in. takie linie jak Lot, Aeroflot, Ukraine Airlines i wszystkie starają się pozyskać pasażera niską ceną, więc można upolować bilet już za tysiaka w dwie strony (wliczając bagaż rejestrowany), a w promocji (najczęściej po sezonie) nawet za 500-600 zł. Żal nie skorzystać.

Ponadto nie ma już obowiązku rejestracji przy krótszych pobytach, należy tylko zwrócić uwagę, by podczas przekraczania granicy wbili odpowiednią pieczątkę do paszportu. No więc w drogę, damy  i wojacy!

Lot z Warszawy do Moskwy był krótki i przyjemny. Potem szybka przesiadka na Szeremietiewie i kolejne 4 godziny podróży do Almaty. Procedury graniczne przebiegły bez utrudnień, obwąchał mnie jeszcze pies straży granicznej i witaj Kazachstanie!

Autobusem miejskim za 1,5 zł przemieszczam się do hotelu, zostawiam graty i ruszam w miasto. Jest dopiero szósta rano więc co tu robić? Odwiedzam piękną cerkiew – Sobór Wniebowstąpienia Pańskiego – z kolorowymi kopułami, zakończonymi złotymi hełmami błyszczącymi w słońcu.

Postanawiam poruszać się po mieście metrem. Kupuję elektroniczny bilet okresowy, z pomocą miejscowych doładowuję go w terminalu (8 zł za 12 przejazdów plus 4 zł kaucji za plastikową kartę) i już mogę zwiedzać.

Metro w Almaty jest godne uwagi i polecenia. Czyste, nowe, funkcjonalne, dobrze oznaczone. Stacje mają nowoczesny, by nie powiedzieć futurystyczny wygląd.

Na peronach wiszą plakaty ze zdjęciami z kartoteki policyjnej z wizerunkami kieszonkowców i ich nazwiskami. Pięknie! To się nazywa prewencja! A może by tak u nas?

Trafiam do jadłodajni i za 5 zł kupuję zestaw śniadaniowy: dwa jajka sadzone, bułka, słodka bułka z serem, kawa i herbata. Ale jaka! Z goździkami, miętą, cytryną i laską cynamonu! Chyba nie piłem lepszej! Po takich delicjach nastrój skacze o kilka kresek  i zapominam o nieprzespanej nocy w samolocie.

Pewnie niektórzy spodziewają się, że Almaty to jakaś postsowiecka, zapyziała, prowincjonalna dziura.  Nic z tych rzeczy. To piękne, nowoczesne, zadbane miasto     z szerokimi, równymi jak stół ulicami, spokojne i niezatłoczone pomimo metropolitalnego charakteru.

A kultura jazdy? Cóż, może kiedyś doczekamy się takiej u nas. Żadnego pędzenia na złamanie karku, ryczących klaksonów, ale za to przepuszczają pieszych na pasach. Zupełnie inaczej niż w innych krajach Azji. Nie spotkamy tu także gratów widywanych w innych republikach postsowieckich. Dominują nowoczesne i drogie auta japońskie i koreańskie, w tym wielkie terenówki.

Ludzie to w większości skośnoocy Kazachowie, ale jest też wielu Rosjan. Wszyscy mili, komunikatywni i skorzy do udzielenia pomocy zagubionemu turyście. Widać też wielu studentów z krajów azjatyckich, a wśród nich najwięcej zawsze uśmiechniętych Hindusów.

Wjeżdżam kolejką linową na wzgórze Kok Tobe górujące nad miastem. Piękna, upalna pogoda, dobra widoczność, więc można obserwować pokryte śniegiem szczyty otaczające miasto. I samo miasto również, z jego rosnącymi jak grzyby po deszczu szklanymi wieżowcami i ruchliwymi arteriami.

Mc CARTNEY, SEAGAL I DEPARDIEU.

W parku rozrywki na wzgórzu trafiam na pomnik The Beatles.

Czwórka z Liverpoolu znalazła sobie zaciszne miejsce w cieniu, a z głośników sączy się „Lucy in the Sky with Diamonds”. Jest tam też mini zoo, ściana wspinaczkowa, strzelnice, grille, cukiernie, herbaciarnie, wesołe miasteczko z wielkim diabelskim młynem itd. Bywali tu m.in. Steven Seagal i Gerard Depardieu oraz wiele koronowanych głów i znakomitości świata polityki – są tu ich zdjęcia w galerii ważniejszych gości.

Bardzo podoba mi się w Almaty, ale jutro lecę do stolicy Tadżykistanu – Duszanbe.

O szóstej rano otrzymałem wiadomość od mojego kontaktu z Duszanbe, że mam stawić się do godz. 9 w tamtejszym biurze linii lotniczych Tajik Air, by opłacić bilet na jutrzejszy lot w Pamir, bo jeśli tego nie zrobię to anulują rezerwację.

Kilka słów wyjaśnienia: biletów na trasie Duszanbe – Khorog (stolica pamirskiej prowincji Górny Badachszan) nie da się nabyć przez internet. Można to zrobić osobiście lub przez kogoś z Duszanbe, kto uda się na lotnisko dzień lub dwa przed wylotem, zarezerwuje bilet i go opłaci. Próbowałem przez biura podróży z Duszanbe, ale mnie olali. Nawet nie odpisali na maile.

Wiadomość o konieczności mojej natychmiastowej obecności podziałała na mnie jak:

  1. Mocna kawa,
  2. Płachta na byka ,
  3. Obie odpowiedzi są prawidłowe.

Nie wiem jak bardzo zaawansowane są prace kazachskich uczonych nad teleportacją, ale nie słyszałem o ich szczególnych osiągnięciach w tej dziedzinie, dlatego ten środek transportu nie był brany pod uwagę.

Lot z Almaty do Duszanbe startuje dopiero o 11, więc żegnaj Gienia. Na szczęście mój kontakt w Duszanbe staje na wysokości zadania i mimo nawału zajęć obiecuje osobiście udać się o świcie do biura i zrobić wszystko, co możliwe, by kupić dla mnie ten bilet. W przeciwnym razie będę musiał jechać do wrót Pamiru autem jakieś 20 godzin. Nie uśmiecha mi się to, bo różnica w cenie biletu jest niewielka, ale za to jaka oszczędność czasu! I ten dreszczyk emocji: lot nad jednymi z najwyższych gór świata. Tej okazji przepuścić nie wolno.

Jadę autobusem na lotnisko w Almaty. Konduktorka odwala kawał dobrej roboty. Pomaga wsiąść inwalidom i bardziej obładowanym pasażerom. Poucza młodzież:

-Hej, kawalerze, ustąp tej pani z dzieckiem. A ty, śliczna panienko, zrób miejsce dla tej starszej kobitki.

Do Duszanbe lecę tadżyckimi liniami Somon Air.

Serwis bez zarzutu. Przed startem kapitan składa życzenia pasażerom z okazji obchodzonego dziś (9 września) Dnia Niepodległości Tadżykistanu. Nagradzają go gromkimi brawami. Samolot startuje i ląduje  o czasie.

Temperatura w Duszanbe 30 st. C. Mała dygresja: niedawno Tadżykistan wprowadził wizy elektroniczne w cenie 50 USD

 https://www.visa.gov.tj/index.html

Zakup szybki i bezproblemowy. Wypełniasz formularz z danymi, dokonujesz płatności i za 2-3 dni masz wizę na mailu. Trzeba ją wydrukować i cały czas mieć przy sobie, bo – zwłaszcza w Pamirze – sprawdzają. Przy okazji kupna wizy można za dodatkowe 20 USD dokupić pozwolenie na pobyt w GBAO – Górnobadachszańskim Okręgu Autonomicznym, czyli w Pamirze.

CO ŁĄCZY DUSZANBE I KATOWICE?

Duszanbe po tadżycku oznacza Poniedziałek. Nazwę tę nadano miastu na pamiątkę targów odbywających się dawno temu w pierwszy dzień tygodnia. Kiedyś jednak stolica Tadżykistanu nosiła nazwę Stalinabad, czyli tak jak Katowice, mające krótki epizod z nazwą Stalinogród.

Tadżykistan to najbiedniejsza republika dawnego Sojuza. Przemysł upadł wraz z końcem Związku Sowieckiego, rolnictwo ma się kiepsko z powodu kiepskich gleb, suchego klimatu i górzystego terenu, więc bieda aż piszczy. Tysiące Tadżyków opuściło rodzinne strony i wyjechało za chlebem do Rosji, państw bałtyckich i zachodniej Europy. Ale za to mają najwyższą na świecie tamę, piętrzącą wodę na potrzeby elektrowni wodnej.

DUSZANBE. DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI.

Po wylądowaniu w Duszanbe łapię taksówkę do hotelu. Potem chcę spotkać się  z moim kontaktem lokalnym, który ma mi przekazać bilet na lot w Pamir. W tym momencie wydarzenia przyjmują niespodziewany obrót.

Okazuje się, że kontakt zarezerwował bilet, ale mogę go sam odebrać, bo coś tam. Zmienili godziny pracy czy jakoś tak. Wracam więc z hotelu na lotnisko i odbieram bilet. Dawno nic mnie tak nie ucieszyło jak to, że wreszcie znalazł się w mojej kieszeni.

Moim kierowcą jest starszy gość, były pułkownik Armii Sowieckiej, prokurator wojskowy na emeryturze. Weteran wojny w Afganistanie i Czeczenii. Dogaduję się z nim w sprawie kilkugodzinnej przejażdżki po Duszanbe. Hotel, lotnisko, centrum miasta, obiad, zakupy (w tym lokalne karty SIM do telefonu i internetu itd.) Rozchodzimy się po południu, bo dostaję wiadomość od mojego kontaktu z zaproszeniem na herbatę.

Kontaktem okazuje się obywatelka Republiki Południowej Afryki, mieszkająca  w Duszanbe od kilkunastu lat nauczycielka angielskiego. Wraz z mężem prawnikiem przyjechali pomagać jakiejś organizacji pozarządowej i zostali. Oboje są potomkami Burów, niderlandzkich osadników, którzy zamieszkali w RPA w osiemnastym wieku. Kontakt z nimi nawiązałem przez…Długa historia, innym razem opowiem.

Tak więc jesteśmy w Duszanbe. Miłe, zielone miasto, ale daleko mu do kazachskiego Almaty. Nie ma tego błysku i klasy. Więcej postsowieckich pozostałości w postaci betonowych budynków, niedokończonych inwestycji itd. Gorsze i starsze auta, chaotyczny styl jazdy.

Widziałem taką scenę: stłuczka na jakimś skrzyżowaniu, kierowcy wraz z kolegami skaczą sobie do gardeł. Podjeżdża drogówka. Szoferzy kierują agresję na policjantów  w białych czapkach i robi się rozróba. Słychać policyjne gwizdki, na dźwięk których przybywa kolejny patrol. Agresja nie maleje. W końcu odkrytym UAZ – em przybywa jakaś konkretna ekipa gliniarzy z kałachami i zaprowadza spokój. No niezły klimat.

Dziwne, ale w Almaty i w Duszanbe  widziałem  bardzo mało meczetów. Nie słychać też muezzinów.

Dowiedziałem się niedawno, że Tadżykistan jest szczególnie narażony na próby uzyskania wpływów przez skrajne ugrupowania islamistyczne z pobliskiego Afganistanu. Ale świecki rząd w Duszanbe robi wszystko, by się temu przeciwstawić.

Popołudnie spędzam w przepięknym parku Rudaki wśród fontann dających ochłodę. Jest tu jeden z najwyższych na świecie maszt z flagą narodową o wymiarach kilkadziesiąt na kilkadziesiąt metrów i wadze ok. 300 kg. Sztandar dumnie powiewa na wietrze i jest widoczny z daleka. Wpadam też na herbatę do moich nowych południowoafrykańskich znajomych.

Robi się późno, więc wydzwaniam towarzysza pułkownika, który odwozi mnie do hotelu. Jutro odbierze mnie stąd o świcie i zawiezie na lotnisko. A potem fruuuu….i witaj, Pamirze! Wieczorem nad Duszanbe pękają fajerwerki i race. Kanonada trwa już z pół godziny. Tak Tadżycy obchodzą Dzień Niepodległości.

LOT NAD PAMIREM.

Przed wschodem słońca tawariszcz pałkownik odebrał mnie z miejsca zakwaterowania i dostarczył na lotnisko. Autobus podwozi mnie do samolotu, małego siedemnastoosobowego Antonowa 28. Maszyna produkowana była w PZL Mielec na rosyjskiej licencji. Bodajże do połowy lat 90 – tych.

Gdy ją zobaczyłem nogi ugięły się pode mną, a dreszcz przerażenia przebiegł po plecach. Nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać. Lecieć czy uciekać…Latająca trumna po prostu. Podobno na trasie nad Pamirem nawet doświadczeni piloci nie chcą latać. Tym, którzy się zdecydują wypłacany jest dodatek od ryzyka.

Dobra, wbijam się do zabytku techniki. W imię Ojca i Syna… Przed startem na płytę lotniska podjeżdżają czarne błyszczące limuzyny i wysypują się z nich żołnierze w galowych mundurach i kolesie w garniturach, ciemnych okularach i z czarnymi teczkami. Niżsi rangą żołnierze wnoszą im walizki i salutują na pożegnanie. Pewnie jakieś grube ryby. Dwóch ważniaków siada obok mnie.

Nagle świst, nagle gwizd. Silnik buch, śmigła w ruch. Antonow 28 kołuje po pasie startowym i po chwili jesteśmy już w przestworzach. Huk w kabinie niesamowity. Lecimy nad Pamirem. Widoki!!!

Czasem samolot leci nie nad górami, ale pomiędzy nimi. Wydaje się, że wystarczy wyciągnąć rękę, by zaczerpnąć śniegu z pamirskich szczytów. Pietra mam nieprzeciętnego.

Podczas turbulencji kołysze jak jasna cholera i powoli robię rachunek sumienia. Pode mną wioski i szmaragdowe kręte górskie rzeki, iskrzące się w promieniach porannego słońca. Lot trwa półtorej godziny, po czym lądujemy na pustym górskim lotnisku w Khorog.

Po tym, co przeżyłem podczas lotu przydałby się kardiolog i wsparcie psychologiczne…

W czasie lotu nakręciłem taki filmik:

Na moich sąsiadów czeka komitet powitalny. Żołnierze salutują im i odbierają graty, po czym całe towarzystwo wbija się do czarnych terenówek z ciemnymi szybami i dokądś odjeżdża.

Stoję przed terminalem i zastanawiam się jak dotrzeć do hotelu. Macham ręką na pierwszy przejeżdżający automobil. Zatrzymuje się stara Łada kierowana przez wąsatego dziadka. Dowozi mnie w pobliże hotelu i nie chce kasy, ale coś tam mu wciskam w rękę. Zostawiam graty i ruszam na rekonesans stolicy Górnobadachszańskiego Okręgu Autonomicznego.

Plan mam taki: załapać się na jakiś transport do Doliny Wakhan na pograniczu afgańskim. Nie funkcjonuje tam regularny transport, bo to odludzie kompletne. Można dołączyć do innych turystów, którzy wynajmują auta terenowe grupowo. No dobra, tylko jak ich znaleźć?

FRANCUSKI ŁĄCZNIK.

Wyczytałem na jakimś forum, że w tutejszym biurze informacji turystycznej znajduje się tablica z ogłoszeniami osób oferujących transport, bądź go poszukujących. Kieruję się tam w te pędy. I co znajduję?

„Sprzedam używany namiot, stan bardzo dobry”,

 „Kupię butlę gazową i palnik”,

„Przewodniki po Pamirze, nowe i używane, po angielsku, niemiecku i francusku”,

 „Tabletki do uzdatniania wody, tel nr ….”.

Lipa. Zagaduję do pani z biura i pytam o możliwość dostania się do Doliny Wakhan. Potwierdza moje obawy. Można wynająć auto z kierowcą lub czekać na stopa. Raz na tydzień przejeżdża ciężarówka z zaopatrzeniem. Może się zatrzyma. O ile w ogóle się pojawi.

– Ale czekaj! Był tu przed chwilą Francuz. Też szuka transportu na jutro na tej trasie, to jest was już dwóch.

Dobre i to.

„Pod warunkiem, że go znajdę” – pomyślałem.

Wchodzę do pobliskiej knajpy. Siedzi jakiś koleżka.

– Elo, ziom. Ty jesteś tym Francuzem, który szuka auta na pogranicze afgańskie?

Po chwili klimacimy z Cezarem. Gada po francusku, angielsku i rosyjsku. I żeby było ciekawiej urodził się tego samego dnia i miesiąca co ja,  tylko w innym roku. Jak się o tym dowiedziałem? Gdy kupowałem wczoraj w Duszanbe kartę SIM – pracownica telekomu wybrała dla mnie numer, którego ostatnie cyfry zawierają moją datę urodzenia. Podobno wielu Tadżyków wybiera numery kryjące ich dzień narodzin. Cezara spotkało to samo. Wymienialiśmy się numerami i wszystko wyszło na jaw. Oto cała tajemnica.

Po chwili dzwoni komórka Francuza. Pani z biura podróży informuje go, że znaleźli się kolejni chętni do wspólnej podróży. Na tej samej trasie. W tym samym terminie. Życie jest piękne!!!!. Za moment uśmiechnięty Cezar wraca z japońską parą nauczycieli, uczących w Kazachstanie i włóczących się od kilku miesięcy po środkowej Azji. Dogadujemy szczegóły. Pełna jednomyślność. Co za szczęście!!!! Do tej pory nie wierzę, że to się stało…

Terenówka zarezerwowana, odbierze nas jutro z hotelu (zarówno Cezar jak i ja mieszkamy  w tym samym miejscu), a potem podjedzie po Japonkę i Japończyka. Byli niedawno w Polsce, podoba się im Kraków. Mili ludzie. Wybieramy się na wspólny obiad, by uczcić spotkanie.

Potem Cezar wyciąga mnie do ogrodu botanicznego w Khorog. Dojeżdżamy tam stopem. Kierowca nie chce kasy. Nadkłada kilka km, by nas podwieźć.

Ogród nie rzuca na kolana, ale nie o to tu chodzi. To najwyżej na świecie położony ogród botaniczny, grubo ponad 2 tys. m n.p.m. Byłoby grzechem nie odwiedzić tego miejsca. Wracamy również stopem z tadżycką rodzina. Też za free.

Na ulicy zaczepia nas  kolunio z plecakiem. Pyta o Wi Fi. To Janek z Warszawy. Od miesięcy podróżuje stopem po Azji. Jutro idzie do ambasady afgańskiej w Khorog.    W planach ma Afganistan, Chiny, Mongolię, Kambodżę, Wietnam, Indie i tysiąc innych miejsc. Właśnie wraca z miejsc, które planujemy odwiedzić, więc wyciągamy od niego wiedzę na ten temat.

Nasz hotel mieści się na uboczu. Zatrzymują się tu szaleńcy przemierzający Pamir Highway na rowerach i motorach. Uzupełniają paliwo, gaz do kuchenek, wymieniają informacje. Ludzie z całego świata. Nocują w pokojach, namiotach i na materacach pod chmurką. Hotel leży kilkadziesiąt metrów od bystrego, szumiącego potoku górskiego. Najlepsza muzyka przed snem. No i mamy widok na góry Pamiru. Suche, dzikie, niedostępne, ale piękne.

Na śniadanko dostajemy jajka sadzone, pyszne kiełbaski na gorąco, masło, dżem, chlebowe placki i po czajniku herbaty.

Podjeżdża nasz Land Cruiser. Fura co się zowie. Mały czołg. Tylko takim sprzętem możemy pokonać pogranicze tadżycko-afgańskie. Kupujemy wodę, paliwo, coś na ząb i oczywiście wino made in Kirgistan. Całkiem dobre.

WRESZCIE W  PAMIRZE!

Ruszamy wzdłuż rzeki Pyandż, stanowiącej naturalną granicę między Tadżykistanem a Afganistanem. Asfalt kończy się zaraz za miastem, jego miejsce zajmują szutrowe albo piaszczyste trakty. Kierowca informuje, że z Tadżykistanu do Afganistanu przemyca się alkohol, a w odwrotną stronę haszysz, opium i heroinę. Grubo.

Droga opada i wznosi się na przemian, wije jak wąż. Rzeka Pyandż raz płynie wartkim strumieniem w wąskim korycie, raz rozlewa się szeroko, ukazując piaszczyste wyspy i mielizny.

Ciekawostka: mieszkańcy sąsiadujących wiosek posługują się tak odmiennymi językami, że nie mogą się dogadać. Dlatego w powszechnym użyciu jest rosyjski. Nawet nie tadżycki, ale właśnie rosyjski. Tutejsi nie uważają się za Tadżyków, ale za Pamirczyków. Zatrzymaliśmy się na obiad w małej wiosce Ishkashim i dowiedzieliśmy się, że jej obywatele używają czterech zupełnie różnych języków. Niezły kocioł….Wioska ta leży na wschodnim brzegu rzeki Pyandż. Zachodni to Afganistan. Kilkanaście km dalej na południe znajduje się Pakistan. Bardziej na południowy wschód mamy indyjski stan Jammu i Kaszmir, a jeszcze dalej na wschód rozciągają się Chiny. Misz masz. I w każdym z tych krajów panuje inna strefa czasowa.

Jedziemy wzdłuż rzeki Pyandż. Rolnicy po obu stronach zbierają płody rolne, pasterze wypasają kozy i owce. Czarnookie, kolorowo ubrane kobiety rzucają dyskretne spojrzenia  i tajemnicze uśmiechy. Dzieciarnia drze się wniebogłosy: hi! how are you!? Na polach piętrzą się stogi siana i snopki słomy. Gdzieniegdzie widać sołdatów  w panterkach i z kałachami na plecach. Nudzą się na posterunkach, więc nie trzeba ich zachęcać do pogawędki lub wspólnego wypalenia szluga. Kierowca obiecał zgrać mi pamirskie nuty. Bębny, piszczałki, transowe rytmy. Można się nieźle wpuścić słuchając tej muzy, zwłaszcza że Pamir  za oknem Toyoty.

Późnym popołudniem docieramy do rodzinnego pensjonatu z tarasem, pod którym szumi bystry, spieniony strumień. Obserwujemy stąd zachód słońca nad ośnieżonymi szczytami Hindukuszu, dzierżąc szklaneczkę kirgiskiego wina. Zanim zaszło słońce kierujemy się do gorących źródeł Bibi Fatima niedaleko wsi Yamchun. Tam, gdzie ciepła woda wypływa ze skały zrobili kamienny basen. Woda jest tak gorąca, że po kwadransie kręci się w głowie i robi się słabo.

Wracamy więc do noclegowni na pamirską kolację: smażone ziemniaki, coś jak frytki, wołowina, pomidory i ogórki. I po czajniku herby na osobę.

Nasz kolega Cezar kiepsko dziś się czuje, ma gorączkę, więc wraz z Japończykami pocieszamy nieszczęśnika, poimy gorąca herbatą i okrywamy kocami. Może do jutra się pozbiera.

Pozbierał się. Rano już w pełni sił zasiadł do śniadania na tarasie z widokiem na afgański Hindukusz.

Poprzedniego dnia droga była przeważnie asfaltowa, choć nierówna i dziurawa. Dziś dominował żwir i piasek. Zatrzymujemy się na zwiedzanie starożytnej buddyjskiej stupy. Wspinamy się stromym szlakiem. Kamyki uciekają spod nóg, łatwo o poślizg i upadek. Dziesięciolatek w klapkach oferuje nam swoje usługi przewodnika. Doprowadza nas do sterty kamieni, miejsca pradawnego kultu.

Koło południa dojeżdżamy do kolejnego miejsca noclegowego. Wieś Langar leży na wysokości 2900 m. n.p.m. Lokalni tłumaczą nam reguły rządzące budową domów w tym rejonie Pamiru. Na ścianach kolorowe, grube dywany i piękne ludowe stroje oraz tradycyjne instrumenty: płaskie bębenki, mandoliny, akordeony.

Po obiedzie ruszam na przechadzkę po wiosce. Na podwórkach rdzewieją wraki starych Ład, Moskwiczów i Ziłów. Na dachach glinianych lepianek prężą się dumnie talerze anten satelitarnych. Pasterze poganiają stada kóz i owiec. Pomagają im pasterskie psy, szczekające na bardziej niesforne osobniki. Rolnicy pakują na dachy aut i grzbiety osiołków to, co wyrosło na ich suchych jak pieprz polach i łąkach. Co kilometr uzbrojony patrol – wiadomo, strefa przygraniczna. Wojskowe auta   i pojazdy rolnicze wzbijają tumany kurzu.

Starszy facet z sierpem zaprasza na piwo do pobliskiego sklepu.

Mają tam tylko piwka w plastikowych butelkach 1,5 l. Sprzedawczyni kroi ciemny pszeniczny chleb, przynosi kilka główek czosnku, jakieś ciastka i tak sobie bajerzymy.

Pan, który mnie tu zaprosił to nauczyciel muzyki, sprzedawczyni uczy historii, jej córka fizyki. Oprócz pracy w szkole muszą dorabiać pracą w polu lub handlem, bo zarobki marne. Dołącza do nas jakiś szwagier czy kuzyn, bezzębny, wąsaty dziadek o pomarszczonej twarzy.

Chcę nalać mu piwa, ale mówi, że woli opium od kumpla z Afganistanu. Myślę, że mnie wkręcał. Słońce opada. Trochę się już opiliśmy, więc wracam do domu. Zagaja koleżka budujący przydrożny dom. Dziewięć miesięcy w roku zarabia na niego w Moskwie, lato spędza w rodzinnej wiosce na budowie. Część pomieszczeń chce wynajmować turystom. Nie musiałby wtedy pracować w odległej Rosji.

Dzień był upalny, ale wieczorem robi się naprawdę chłodno. Gospodarz pali w piecyku typu „koza”  i robi się przyjemnie.

Łazienkę mamy w podwórku. Żarówka ma moc tortowej świeczki. Trudno przy takiej widoczności trafić do wanny czarnej od rdzy, ale jakoś daję radę. Woda leci jak krew z nosa.

WCIĄŻ WYŻEJ I WYŻEJ.

Nasz plan na kolejny dzień obejmuje przejazd do Murgab, najwyżej położonego miasta dawnego Związku Sowieckiego, leżącego na słynnej trasie M41, Trakcie Pamirskim, biorącym początek w Afganistanie, podążającym przez tadżyckie doliny i przełęcze, aż do kirgiskiego miasta Osz.

Rankiem ruszamy dalej, wciąż wzdłuż granicznej rzeki Pyandz. Gdzieś wysoko  w górach, na kompletnym odludziu napotykamy dwóch szkockich motocyklistów. Mają problem z akumulatorem, a nie zabrali kabli. Podajemy im więc prąd z naszego auta. Motor odpalił i mogli jechać dalej. Żalą się, że czekali tu kilka godzin, aż ktoś się zatrzyma, ale nic nie jechało. W końcu pojawiła się chińska ciężarówka, ale kierowca nie był uprzejmy stanąć.

Przynajmniej raz dziennie kontroluje nas tadżycka straż graniczna. Paszporty, wizy, przepustki w Pamir. Dziś trochę kwitnęliśmy przed szlabanem okręconym drutem kolczastym zanim nas przepuścili.

Nasz kolega z Japonii źle się czuje. Doskwiera mu choroba wysokościowa. Źle to znosi. Do wysokości 3500 m n.p.m. było OK, ale gdy GPS pokazał, że przekraczamy 4 tys. zrobiłem się senny, rozdrażniony i zaczęła boleć głowa. Oddech stał się krótki i płytki. Niestety, nie mieliśmy czasu na aklimatyzację i oto skutki.

Dojeżdżamy do małej, biednej wioski słynącej z kilku pięknych, krystalicznych jezior.

Jej mieszkańcy hodują jaki. Na obiad dostajemy po kubku jogurtu z jaczego mleka i pieczoną rybkę z pobliskiego jeziora. Rolnicy ugniatają ręcznie placki z łajna jaków. Będą służyć jako opał, bo przecież drzewa tu nie rosną, a o węglu pewnie mało kto słyszał. Na białych ścianach lepianek z gliny niebieską farbą ktoś nakreślił kulfony: SHOP, RESTAURANT., HOMSTAY, TOILET. W tafli pobliskiego jeziora odbijają się szczyty Pamiru i białe obłoki. Po okolicznych polach biegają lisy i świstaki.

Przed zapadnięciem zmroku lądujemy w Murgab, najwyżej położonym mieście b. Sojuza, zamieszkanym w większości przez Kirgizów, choć to wciąż tadżycki Pamir. Obowiązuje tu nawet czas kirgiski, a nie tadżycki, czyli przestawiamy zegarki o godzinę do przodu. Podobno zimą temperatura spada tu do -50 st. C.

Zanim zapada ciemność kierujemy się na wioskowy bazar. Sklepy powstały z przerobienia starych blaszanych kontenerów i cystern. Oryginalne, nie powiem.

Naszym kolejnym celem Kara Kul, najwyżej położone żeglowne jezioro świata. Na ostatni fragment Pamir Highway wynajmujemy nowego szofera, skośnookiego Kirgiza w wojskowej panterce i tradycyjnej płaskiej czapeczce z pędzelkiem na sznurku.

Droga do Kirgistanu jest o wiele lepsza niż ta, którą pokonaliśmy dotychczas. Wzdłuż trasy przechadzają się pasterze z głowami poowijanymi czarnymi zawojami dla ochrony przed słońcem i zimnym, porywistym, górskim wiatrem. Widać im tylko oczy.

Choroba wysokościowa wciąż doskwiera. Nie dopisują apetyty, jesteśmy senni, szybko się męczymy i łapiemy zadyszkę. Ale nie ma tragedii, myślałem że będzie gorzej.

Nasze dzisiejsze miejsce przeznaczenia to wioska Karakul nad jeziorem o tej samej nazwie na wysokości 3900 m n.p.m.. Ale najpierw wjeżdżamy na hit tej wyprawy- przełęcz Ak Baital- 4655 m n.p.m. Zimno. Pamiątkowa fotka tabliczki informacyjnej i podążamy dalej.

JEZIORO KARAKUL.

W homestayu w Karakul witają nas kobiety w szarych kufajkach do kolan i z włosami przewiązanymi kolorowymi, kwiecistymi chustami.

Nie możemy podładować sprzętów, bo prąd z generatora będzie dopiero po zmroku. Czyli tak jak wczoraj. Ucinamy sobie krótką drzemkę na kolorowych materacach i ruszamy na przejażdżkę nad jezioro Karakul. Jego powierzchnia odbija zbocza gór, obłoki i błękit nieba.

Fale wylewają się na kamienisto – piaszczysty brzeg, woda szybko wsiąka w suche podłoże. Na półpustyni otaczającej południowy brzeg jeziora szczerzą zęby czaszki zwierząt hodowlanych, które nieopacznie odłączyły się od stada i zginęły zagryzione przez wilcze watahy. Ich szkielety z resztkami skóry i wełny nikną zasypywane piaskiem, niesionym podmuchami mroźnego wiatru.

Jak okiem sięgnąć żadnej roślinności. Zastanawiam się gdzie może być najbliższe pastwisko. Uświadamiam sobie, że ostatnie drzewo widziałem kilka dni temu. Niczego co przypomina pole czy łąkę. Puste, surowe, suche gołoborza kamienno – żwirowo – piaszczyste. Jedyną roślinność stanowią tu zakurzone, suche jak pieprz kolczaste chwasty i porosty. Co chwilę przetaczają się przed nami kłębki takich splątanych łodyg, gnane wiatrem. Wieczorem gospodarz podgrzewa wodę w wielkim bojlerze i dlatego możemy wygrzać się w saunie przed kolacją.

Przechodząc przez labirynt pomieszczeń w noclegowni widzę jak nasz kierowca rozkłada dywanik na podłodze, klęka w stronę Mekki i wykonuje serię pokłonów z zamkniętymi oczami. Gospodyni rozdaje nam po dodatkowej kołdrze, bo w nocy spodziewana jest temperatura ujemna.

Zasypiam z latarką na podorędziu, bo właśnie wyłączyli generator i zapadły mroki. O poranku pożegnamy piękny i gościnny Tadżykistan i skierujemy się do sąsiedniego Kirgistanu.

W nocy wyszedłem na chwilę przed domek. Skierowałem wzrok ku górze. Czyste pamirskie powietrze spowodowało, że gwiazdy świeciły mocnym, wyraźnym światłem. W życiu takich nie widziałem. Meteory śmigają tak, że można wypowiedzieć całą litanię życzeń.

W KIRGISTANIE.

Ruszamy w stronę Kirgistanu. Granica niedaleko. Jakiś kontener i uzbrojeni skośnoocy pogranicznicy. Pitolą się z naszymi paszportami, że szkoda słów. Zarówno po tadżyckiej, jak i po kirgiskiej stronie. Jesteśmy w plecy ze dwie godziny. Na granicy ani sklepu, ani kantoru, do toalety też „nielzja”. A żeby ich…..

Wreszcie wjeżdżamy do Kirgistanu. Pajero mknie wśród jurt i pastwisk. Drogę przebiegają nam stada owiec, kóz, krów i koni. Pilnują ich pasterze w tradycyjnych białych kapelutkach. Nasz kierowca mknie ile fabryka dała. Nagle biała czapka i lizak. Prędkość przekroczona, trzeba bulić. Zagaduję do dowódcy patrolu:

 – Panie kapitanie, patrz pan… Ale młodego poniosło… To też nasza wina. Śpieszymy się do Osz na samolot. Możemy poprosić o łagodne potraktowanie? Może jakieś pouczenie?

 – Ciężko będzie, to już nie pierwszy taki wyskok. Zabierzemy mu prawko i zabuli dwieście dolców. I musi zdać ponowny egzamin.

– Ale panie władzo….nic się nie da zrobić?

– No jak? Kamera nie kłamie…

Faktycznie. Fotoradar stoi jak wół. Po chwili nasz kierowca wraca z radiowozu.

– Dałem im 15 dolców w łapę i puścili. Dobrze, że jestem Kirgizem. Tadżyków kasują razy trzy.

Na tym kończymy przygodę z Pamir Highway. Okiem kamery wyglądało to tak:

Dojeżdżamy do Osz, drugiego miasta Kirgistanu.

Dowozi nas do hotelu. Składamy się na mandat. Taka nasza oddolna inicjatywa. Hotel jest OK, tani, czysty i wygodny ale….No właśnie…ale… Prowadzą go brodacze w białych czapeczkach. Nie wolno  pić alkoholu pod groźbą kary 50 USD.

Uderzamy więc z Cezarem na miasto. Jemy jakiś fasfood i szukamy browarka. Pierwszy napotkany chlor wskazuje nam restaurację rzekomo serwującą piwo. Ma mylne informacje. Kupujemy więc piwo w spożywczaku i siadamy na jakimś ciemnym podwórku. Luzik, nikt nie wnika. Dokupujemy jeszcze po dwa czy trzy i robi się całkiem miło. Współudział w przestępstwie korupcyjnym, publiczne spożywanie alkoholu….Ładnie nagrabiłem w pierwszym dniu pobytu w Kirgistanie….;-)

Rano, jeszcze w Tadżykistanie, wymieniłem się kartami SIM z jakimś turystą ze Szwajcarii, podążającym w przeciwnym kierunku. Dałem mu tadżycką, a on odwdzięczył się kirgiską. Tyle, że muszę ją doładować. Zachodzę do telekomu i pytam o doładowanie.

– Jaki jest pana numer?

– O, taki.

– Pana nazwisko?

Choroba, karta zarejestrowana jest przecież na Szwajcara. Mają w komputerze jego dane  i skan paszportu ze zdjęciem. Zupełnie niepodobny do mnie.

– No właściwie… To wie pan…To karta kolegi.

– A jak się nazywa kolega?

A skąd mam to wiedzieć? Nie mam pojęcia, zamieniłem z nim parę słów, wymieniliśmy karty i tyle.

Postanawiam nie nakręcać spirali kłamstwa i wyjaśniam facetowi na czym polegała transakcja wiązana między turystami. Przymyka oko i informuje mnie, że mam jeszcze około 3 GB, co powinno wystarczyć na tygodniowy pobyt.

Rano zamawiamy taksówkę dla czterech osób na lotnisko. Przyjeżdża Matiz. W bagażniku mieści się tylko jeden plecak, resztę musimy trzymać na kolanach. Ciasno, ale bez tragedii. Kilka km przed lotniskiem HALT! Znowu biała czapka. Zadowala się równowartością półtora dolara. Powszechne zjawisko w Kirgistanie. Milicja kroi kierowców za wszystko i za nic aż huczy. Przesada…..

Przed lotniskiem w Osz korki niespotykane, tłumy, TŁUMY ludzi. Ekipy telewizyjne i radiowe. Gęsto od kamer i mikrofonów. Drogówka próbuje rozładować korki. W ruch idą lizaki i gwizdki.

Zamieszanie, hałas, tłok. Przed halą przylotów jeszcze gorzej, ścisk okrutny. Chyba ma wylądować jakiś VIP. Możliwe, że jakiś dostojnik religijny, bo tłumy modlą się      w kółeczkach i czytają Koran. A zresztą kto ich tam wie….

LOT DO BISZKEKU.

Lot do Biszkeku (dawniej Frunze. Ale do tej pory kod lotniska w Biszkeku to FRU), stolicy Kirgistanu trwa ledwie 40 min. Widoki piękne. Nie słyszałem jeszcze o liniach Manas Air, ale są OK.

Po przylocie żegnamy naszych japońskich przyjaciół Yumi i Kena, którzy muszą wracać do pobliskiego Kazachstanu, ale mam zaproszenie do nich na noc poprzedzającą wylot, więc jeszcze się spotkamy.

Przed lotniskiem taksówkarz proponuje nam podwózkę za 800 som (1USD – 70 som) ale zbijamy do 400, pod warunkiem, że dosiądą się inni pasażerowie. Czemu nie? Jedziemy samochodem z kierownicą po prawej stronie. Dużo ich tu, importowanych z Japonii Toyot, Mazd i Mitsubishi.

Cezar znalazł fajny pensjonat w centrum, ale cichy. Bardzo nowoczesny i czysty. Ma ogródek, szybkie wi fi, elegancką kuchnię i łazienkę, miły personel. Naprawdę wypas i to za 10 USD od osoby. W pobliżu knajpy, kantory i przystanki marszrutek w każdym kierunku miasta.

Sam Biszkek nie jest zbyt atrakcyjny. Nie umywa się do Duszanbe, nie mówiąc o pięknym Almaty.

Ruszamy w miasto. Jakiś obiad, kawa, lody. Cezar umówił się na wieczór z kimś z Couchsurfingu, więc zostawiam go i wpadam na piwo do fajnego pubu przy głównej ulicy. Wieczorem w hotelu bajerzymy ze studentami medycyny z Indii, będącymi na jakiejś wymianie w Kirgistanie. Mili i weseli kolesie z Kalkuty. Lubią Justina Bibera. De gustibus est non disputandum.

W Kirgistanie chyba zbliżają się wybory, bo wszędzie pełno plakatów różnych kandydatów. Głaszczą dzieci, uśmiechają się do rolników, robotników,  ubrani w ludowe stroje ściskają koczowników na tle jurt, gór i stąd koni.

 

Rano  jedziemy na Nowy Dworzec Autobusowy. Łapię busa nad jezioro Issyk Kul tzw. kirgiskie morze, a Cezar orientuje się w możliwościach transportowych na jutro nad jezioro Song Kul. Czeka go całodniowa wyprawa połączona ze wspinaczką górskim szlakiem. Niestety, nie mogę towarzyszyć Francuzowi, mam za mało czasu. On zostaje w Azji dłużej. Przybijamy piątki i wsiadam do marszrutki.

ISSYK COOL!

Kilka godzin później jestem nad Issyk Kul, w kurorcie Chołpon Ata. Przypomina mi miejscowości wypoczynkowe na Krymie. Taki postsowiecki, ale w sumie fajny klimat. Dużo nowych, eleganckich pensjonatów i hoteli. Piękne jezioro i widoki na góry Tien Szań. Prawie pusto, bo już po sezonie. Woda trochę za chłodna na kąpiel, ale znajdują się śmiałkowie, więc pewnie też spróbuję.

Znalazłem dwójkę z łazienką za 7 USD za noc, więc jest git. Na miejscu kuchnia europejska i azjatycka. W hotelowej restauracji piwa nie ma, ale właścicielka prowadzi sklep spożywczo – monopolowy za ścianą i goście jej hotelu mogą tu pić trunki zakupione po sąsiedzku. Czyli gra gitara.

Poranki i wieczory są zimne nad jeziorem Issyk Kul o tej porze roku. Pewnie dlatego w Chołpon Ata turystów jak na lekarstwo. Wcale mi to nie przeszkadza. Nie ma tłoku, hałasu, ceny niższe. Zapodaję omlet, pakuję do plecaka ręcznik i kąpielówki i podążam w stronę cichej plaży nad Issyk Kul.

Woda czysta jak sumienie noworodka. Widać grzbiety ryb pływających w głębinach. Po wodzie suną żaglówki i pomykają hałaśliwe skutery, nad taflą jeziora latają kolorowe paralotnie. Piękne widoki na góry Tien Szan. Mewy kołują nad wodą i plażą. Pełnia słońca, lekki chłodny wiatr, szum fal.

Rozkładam się na pustym molo i byczę się wpatrzony w błękit kirgiskiego nieba i wsłuchany w szum fal i wiatru. Na chwilę zanurzam się w Issyk Kul. Zimno. Wytrzymuję ze 2 min i wychodzę, dłuższa kąpiel może spowodować skurcz.

Za górskim masywem Kazachstan, w linii prostej kilkanaście czy kilkadziesiąt km. Ale to dopiero za kilka dni.

Cezarowi zmieniły się plany, więc po południu dołącza do mnie. Dopadła go jakaś infekcja czy przeziębienie, więc ciągnę go do apteki po tabletki i syrop. Potem wypijamy po rosyjskim piwku Baltika i wracamy do hotelu. Rankiem ponownie żegnam Cezara. Spotkamy się wieczorem w pobliskim Karakol, jednym z najbardziej wysuniętych na wschód miast Kirgistanu.

Chcę odebrać ciuchy z hotelowej pralni. I odbieram. Nietknięte. Po prostu zapomnieli wyprać.

Busikiem pełnym brodaczy dojeżdżam do Karakol, loguję się w przyjemnym hoteliku za 6 USD, niedaleko od centrum. Zwiedzam piękną, starą, drewnianą, kolorową cerkiew Świętej Trójcy.

Potem obiad i krótki odpoczynek w parku. W pobliżu kilka meczetów. Bliżej znajduje się nowszy, więc tam wybieram się w pierwszej kolejności. Fajny, ładne dywany i witraże, cisza jak makiem zasiał.

Modli się kilku gości. Dyskretnie robię zdjęcia. Nie chcę im przeszkadzać. Ale zauważają mnie. Myślę, że będzie jakaś chryja, ale nic z tych rzeczy. Podchodzą i ściskają mi dłoń, coś jak „przekażmy sobie znak pokoju”. Zero spiny. Wręcz przeciwnie. Miło.

Potem kieruję się do starszego, pięknego drewnianego meczetu Dungan, daru chińskich muzułmanów dla kirgiskich braci. Wykonano go bez użycia gwoździ, coś jak nasze góralskie chałupy.

Meczet kolorystyką i wykończeniem przypomina raczej buddyjskie świątynie. Opadająca pagoda, wszędzie głowy smoków. Dookoła piękny różany ogród.

Na tym koniec atrakcji w Karakol. Reszta zabudowań to postsowieckie blokowiska  z cegły, nieotynkowane, zaniedbane, ze stolarką okienną pokrytą łuszczącą się farbą. Popękane szyby, byle jak rozwieszone pranie, czasem okna zaklejone folią.

Na boisku szkolnym trwa właśnie próba przed  przedstawieniem. Młodzież poubierana w ludowe stroje, przypominające ubiór mongolskich wojowników. Spiczaste hełmy z metalowymi siatkami, skórzane grube pasy, małe drewniane, okrągłe tarcze, zakrzywione kindżały, łuki i kołczany ze strzałami. Pewnie tak wyglądali uczestnicy bitwy pod Legnicą.

Plan na jutro mam taki, że spróbuję dostać się do nieodległego Kazachstanu. Problem polega na tym, że taksówki zbiorowe dojeżdżają tylko do ostatniej miejscowości przed granicą, leżącej ok. 30 km do punktu kontrolnego. Dalej tylko taxi za jakąś absurdalną kwotę, albo autostop. Podobno nietrudno go złapać na tej trasie. Wprawdzie kierowcy oczekują forsy, ale raczej w kwocie porównywalnej z ceną biletu na tej samej odległości, więc nie ma tragedii.

Wieczorem robi się bardzo chłodno, więc czym prędzej zwiewam do hotelu, gdzie już czeka na mnie Cezar. Spijamy po piwku i rusza na kolację, a ja zbieram myśli przed jutrzejszą, niewątpliwie niosąca wiele przygód, wyprawą do Kazachstanu.

Cezar wyszedł na „jedno piwo”.  Wrócił nad ranem na niezłym rauszu. Załapał klimat z jakimiś turystami i lokalną młodzieżówką i bawił się świetnie. Rano miał kłopoty      z pobudką, więc zaparzyłem mu kawy, żeby jakoś się zebrał.

Po śniadaniu rozdzielamy się. Mój francuski ziom jedzie nad jakieś – podobno urokliwe – jezioro, ja natomiast planuję powrót do Kazachstanu.

STOPA ŁAPANIE W KIRGISTANIE.

W krajach Azji Środkowej jeżeli chce się jechać gdzieś dalej trzeba udać się na bazar. W pobliżu zatrzymują się kierowcy prywatnych aut, którzy przybyli do danego miasta  i szukają pasażerów na powrót w rodzinne strony dla zmniejszenia kosztów.

Jadę więc na bazar. Mam zamiar udać się do wioski Sary Telegei (nie ma jej na Google Maps, nie szukajcie. Ale jest na Maps.Me), ostatniej osady przed granicą kirgisko – kazachską, a dalej stopem, bo transportu publicznego nie ma. Wyławiają mnie chytrzy taksiarze:

– Pojadę za 80 USD.

Szukam więc dalej. W końcu sami mnie znajdują. Pojadę dzieloną taksówką za  2 USD. Takim jakby Bla-Bla Carem. Vanem marki Honda, z kierownicą po prawej stronie.

Po ok. godzinie jestem już w Sary Telegei. Mała wioska rolniczo-pasterska. Wysadzają mnie na końcu asfaltu. Dalej tylko szutrówka.

-O, to droga do granicy. Może celnicy będą jechać do roboty to cię zabiorą.

Może….

Totalny koniec świata. Nic nie wskazuje na to, by w dającej się przewidzieć przyszłości coś miało tędy jechać. Jest 12.00, a o 18.00 zamykają granicę z Kazachstanem, więc trzeba zagęszczać ruchy.

Na szczęście jest coś, co kiedyś było przystankiem. Siadam więc w cieniu, nie muszę stać w azjatyckim, prażącym słońcu.

Wyobraźcie sobie taki klimat: od zachodniego do wschodniego horyzontu biegnie droga prosta jak strzała. Rozgrzana od słońca. Dookoła góry. Powietrze drga nad powierzchnią drogi. Brakuje Fondy, Hoppera i Jacka  Nicholsona na Harleyach i ” Born to be wild” z głośników. Z tym że to Kirgistan, nie Texas czy Arizona. Ale krajobrazy podobne.

Nagle słyszę tętent setek par kopyt i przebiega koło mnie stado koni, a za nimi pasterz, też na koniu. Kopyta wzbijają tuman kurzu.

Nawet nie przypuszczałem ile ciekawych zajęć można znaleźć sobie w ruinach przystanku w oczekiwaniu na okazję. Można obciąć paznokcie, liczyć słupy telegraficzne lub kropki na grzbietach biedronek. Można też wywiesić na murku mokry ręcznik i przyglądać się jak schnie. Pasjonujące 😉

Od strony Kazachstanu co rusz coś jedzie. Terenówka, busik, ciężarówka, traktor, motocykl. I to nawet dwa i w dodatku na polskich numerach. Nie wierzę…No, ale ja      w przeciwnym kierunku.

W końcu na horyzoncie coś się pojawia. Biała Łada przemyka parę metrów ode mnie i jedzie dalej bez zatrzymywania się. OK, załadowana ludźmi na full, nie mam pretensji.

Za jakiś czas zbliża się stara Toyota. Kolor nieokreślony – taka zakurzona. Macham. Staje.

– Do granicy?

-Tak.

-3 dolary i jedziesz z nami.

W pojeździe trzech dżentelmenów koło siedemdziesiątki. Ujeżdżamy ze 3 km, stajemy na poboczu.

– Napijesz się wódki?

Nie wypada odmówić.

– Napiję.

Wyjmują plastikowe kubki, kroją pomidora.

– No, to za przyjaźń kirgisko- polską!

Wlewam gorzałę do gardła, przegryzam pomidorem. Po kilku takich przystankach mam już nieźle w czubie. Słońce zaczyna razić, łeb podskakuje na wybojach.  Widoki stają się coraz piękniejsze.

-No, to na druga nogę, Paljak!

Do granicy dojeżdżam zalany. Nie wiem co jest grane i dlaczego. Kirgiski pogranicznik chce się zamienić na zegarek. Kazachski też. Odmawiam. Tłumaczę, że to podarunek i ma wartość sentymentalną. Nie nalegają.

Kumam jeszcze na tyle, by wyegzekwować od kazachskiego pogranicznika dwie pieczątki w karcie imigracyjnej.

Bez tego ani rusz. Jedna to przekroczenie granicy, druga to obowiązkowa rejestracja turysty. Udało się. Mam dwa stemple.

Moi seniorzy zawożą mnie do pierwszej miejscowości na terytorium Kazachstanu    i częstują jabłkami z przydomowego sadu. Pamiątkowa fotka na tle meczetu i Toyoty.

Stamtąd łapię taxi za pół dolara do powiatowej mieściny Kegen, w której – jak czytałem – jest hotel. No i jest, ale może pominę jego opis. Szkoda słów.

Idę do banku wymienić forsę. Przyjmują tylko dolary, euro, ruble, chińskie juany, ale kirgiskich somów nie. Dziwne, przecież do granicy kirgiskiej tylko 15 km….

Po krótkim pobycie w Kegen spróbuję dostać się do drugiego – po Wielkim Kanionie w USA- największego na świecie kanionu. Kanionu Szaryńskiego. Dojechać tam można tylko wynajętym autem za gruby pieniądz lub stopem. Tylko druga opcja wchodzi w grę.

STOPA ŁAPANIE W KAZACHSTANIE.

Przygraniczną mieścinę Kegen opuszczam czym prędzej. Nie ma tu publicznego transportu, czyli trzeba liczyć na stopa (raczej płatnego) lub dzielone taksówki. Po cichu liczę na to, ktoś mnie zabierze, bo ja zawsze zabieram autostopowiczów. Może Karma powróci.

Zasuwam na wylotówkę w stronę Almaty. Po kilkuset metrach podjeżdża jakiś gość i proponuje mi podwózkę ok. 70 km, do bocznej drogi odbijającej do Kanionu Szaryńskiego. OK. Jeszcze kilka rundek po sąsiednich ulicach i zbiera się komplet pasażerów jadących do Almaty.

Wysiadam przy polnej bocznej drodze. Do kanionu kilkanaście km. Łapię stopa. Po 20 minutach zatrzymuje się lśniący nowością van z jakiegoś biura podróży wiozący turystów do kanionu. Mają wolne miejsce więc zgadzają się mnie zabrać. Na pokładzie Ukrainka z chłopakiem Francuzem, Rosjanka z Kaliningradu, tfu…Królewca i student z Hong Kongu. Fajni ludzie, szybko łapiemy klimat. Przyciemniane szyby, rozkładane fotele, klima, muzyka….Jest piknie!

Droga do kanionu zajmuje nam kilkanaście minut. Kupujemy bilety do kanionu, następnie idziemy jego dnem około godziny. Dokoła fantastyczne, piękne formacje skalne w odcieniach żółci, brązu, różu i szarości.

Na końcu kanionu czeka nas miła niespodzianka w postaci pikniku nad rwącym górskim potokiem. Cień, szum wody, piękne krajobrazy…..

Chwila kontemplacji i odpoczynku i wracamy do auta. Wysiadam na jakimś parkingu przy autostradzie i łapię stopa do Almaty. Czekam może 5 min i już mam transport do tego pięknego miasta. Karma wróciła!

Jadę starym Golfem 2, który wygląda jak po crash testach. Dziury w karoserii i podłodze, popękane szyby, pourywane lusterka, korbki i klamki, ślepe reflektory. Ale za to aparatura nagłaśniająca z górnej półki. Rap, techno i „Biełyje rozy” na full i tniemy do Almaty szeroką autostradą, zajadając pierogi i pijąc herbatę z termosu. Mój kierowca, młody Kazach w dresie, jest na tyle miły, że dowozi mnie do stacji metra, skąd łatwo dostanę się do miejsca przeznaczenia, czyli do Yumi i Kena z Japonii, z którymi poznaliśmy się w Tadżykistanie i przejechaliśmy razem Pamir Highway. Telefon do przyjaciela i uśmiechnięta Japonka wychodzi po mnie kiwając z daleka.

Robimy szybkie zakupy na kolację i idziemy do nich do domu. Wynajmują mieszkanie w pięknym, nowoczesnym apartamentowcu. Po przedpokoju można ścigać się quadami, taki wielki! Dostaję pokój wyglądający jak komnata szejka lub maharadży. Przestrzeń, komfort, luksus. Karma wróciła po raz kolejny.

Ale to nie koniec atrakcji. Rozpijamy butlę gruzińskiego wina i zostaję zaproszony na kolację do kazachskiej knajpy. Stoły uginają się od mięs, warzyw, sałatek i kufli z piwem. Do domu wracamy w znakomitych nastrojach za sprawą pełnych brzuszków i szumiącego w głowie alkoholu. Przedostatni dzień w Kazachstanie należał do wyjątkowo udanych!

OSTATNI DZIEŃ W ŚRODKOWEJ AZJI.

Ostatnie godziny pobytu w Almaty postanawiam spędzić na całodniowym spacerze po tym uroczym mieście. Tak, bardzo mi się tu podoba.

Dawna stolica Kazachstanu ma bardzo dobre feng shui. Zaczynam od pięknego, szerokiego Prospektu Panfilova, pięknego bulwaru, gdzie można przysiąść w cieniu, pojeździć na wrotkach, hulajnodze lub rowerze, posłuchać ulicznych muzykantów lub szumu fontanny, dodatkowo kolorowo podświetlanej po zmroku lub po prostu przysiąść na ławce i jeść słodycze lub owoce. Dużo tu sztuki ulicznej, oryginalnych rzeźb, malowideł lub konstrukcji przestrzennych.

Polecam to miejsce. Idziemy dalej. Park Centralny pełen jest kolorowych kwiatów, atrakcji dla dzieci jak huśtawki, karuzele, kolejki, budki z lodami. Na szczęście rankiem nie ma tu ludzi, więc mam całe to miejsce dla siebie. Przed wejściem interesujący pomnik Syrenki.

Kolejny punkt programu to nowoczesny meczet z wielką złotą kopułą błyszczącą  w słońcu.

Potem bazar z mydłem, powidłem, chińską elektroniką, podrabianymi perfumami, ciuchami i mięsem. Moją uwagę zwraca stragan z łbami zwierząt.

Taki sobie widok, widziałem przyjemniejsze. Uwaga, można stąd złapać dzieloną taksówkę do pobliskiego Kirgistanu.

Przemieszczam się do nowszej części Almaty. Wieżowce, apartamentowce, biura firm, banków, linii lotniczych, towarzystw ubezpieczeniowych i innych korporacji. Szkło i metal odbijają promienie słoneczne, powodując że budynki są widoczne z daleka.

Widzę jakiś wielki biały, marmurowy budynek. Pałac Prezydencki albo Parlament – myślę sobie. Ale nie. To Urząd Stanu Cywilnego, albo Ratusz. Na okazałych schodach kilkanaście par młodych robi sobie zdjęcia wraz z gośćmi weselnymi. Eleganckie suknie, garnitury, fryzury. Błyskają flesze, przebieg ceremonii ślubnych filmują unoszące się nad ulicą warczące drony. Przed urzędem kilkunastometrowe limuzyny, pewnie nie różniące się od tych, które dowożą gości na ceremonię rozdania Oscarów. Na bogato, nie ma co… To przecież Almaty!

W pobliżu kolejny park z pięknymi fontannami. Mgiełka rozszczepia światło, powodując tęczę.

I znowu jestem na Prospekcie Panfilova. Po zmroku wygląda jeszcze ciekawiej. Tłumy ludzi, kolorowe fontanny, zapach kukurydzy prażonej i waty cukrowej. Muzyka, dużo młodzieży, wesoło i przyjemnie.

Robię zakupy na wieczór w delikatesach. Nagle lipa. Banknot którym płacę okazuje się fałszywką. Świeci jakoś dziwnie w promieniach UV. No to ładnie…A przecież dostałem go w banku kilka dni temu. Nie u jakiegoś tam pokątnego handlarza. Pewnie zaraz przyjedzie policja, zaczną pytać skąd, jak, kiedy, gdzie, czy ma takich więcej, czy wiedział, że to lipa?

I pewnie zejdzie do rana, znając biurokrację. A rano mam samolot….a niech to! Na szczęście kasjerka mówi:

– Nie mogę przyjąć tego banknotu. Ma pan inny?

Na szczęście mam. Co za ulga. Nabawić się problemów na dosłownie godziny przed wylotem? To nie dla mnie. Grunt, że nie rozpętała się jakaś afera. Tylko pytanie: dlaczego dali mi ten banknot w banku? Na pewno mają tam sprzęt do sprawdzania autentyczności. Specjalnie? Bo cudzoziemiec? Nie wiem…..

I to była ostatnia przygoda podczas dwutygodniowej włóczęgi po Kazachstanie, Tadżykistanie i Kirgistanie.

Gwoli podsumowania: dużo zwiedziłem, ale jeszcze więcej nie zwiedziłem. Odwiedziłem trzy piękne kraje, zamieszkiwane przez miłych, serdecznych, przyjaznych ludzi. Zobaczyłem Pamir, Hindukusz, Tien Szań, górskie jeziora Karakul i Issyk Kul. Niezapomniane. Szczęka opada. Uwierzcie.

Pogranicze tadżycko afgańskie – brak słów.

Leciałem kilkudziesięcioletnim Antonovem 28 nad Pamirem. Piłem wódkę z ludźmi, którzy zabrali mnie na stopa. Zwiedziłem meczety i cerkwie. Piękne, dostatnie Almaty i orientalne, zielone Duszanbe. Piłem mleko jaka i jadłem plov.

Walczyłem z chorobą wysokościową  w Pamirze i kacem po imprezach z tadżyckimi i kirgiskimi góralami. Kąpałem się  w pamirskiej saunie i chłodnym o tej porze Issyk Kul. Widziałem jaki, świstaki i stada koni biegnące po kirgiskim stepie. Liczyłem gwiazdy na tadżyckim niebie i zawarłem nowe, pozytywne znajomości. Zmagałem się z wysokogórskimi mrozami i wygrzewałem się  w gorących źródłach. A wszystko w przystępnych cenach. Więc:

Czyś jest chłopem, czyś jest babą
Rusz do Azji, ale żwawo!
Czyś jest stary, czyś jest młody
Rusz do Azji po przygody!
W Kazachstanie, w Kirgistanie
Nic ci złego się nie stanie
Lubisz wino czy też wódkę
Wsiadaj, bracie, dziś w marszrutkę
Ruszaj w Pamir, ruszaj śmiało
Będziesz przygód mieć niemało
Czyś jest mądry, czyś jest głupi
Możesz sobie bilet kupić
Czyś jest biedny czy bogaty
Kupuj bilet do Almaty
Czyś jest mały, czyś jest duży
Nie unikaj, ziom, podróży!

Dobra, tyle częstochowskich rymów na dziś. A Wam jak się podoba Środkowa Azja widziana moimi oczami?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *