Filipiny / Chiny

Do Manili lecieliśmy chińskimi liniami Air China z przesiadką w Pekinie. Chwilę po starcie stewardesa wylała mi na spodnie kubek soku pomidorowego. Wyglądałem jak po spotkaniu z miną przeciwpiechotną. Jako zadośćuczynienie otrzymałem dodatkową porcję obiadową i magnesik firmowy chińskich linii oraz talię kart z logo Air China.

CHIŃCZYKI TRZYMAJĄ SIĘ MOCNO.

Na lotnisku w Pekinie trzeba przejść przez skanery badające temperaturę ciała, ale zauważyłem, że urzędników kontrolujących czy ktoś nie ma gorączki interesuje wszystko za wyjątkiem tego, co mają sprawdzać, a najbardziej ekrany smartfonów. Poza tym trudno uzyskać jakiekolwiek informacje, bo obsługa lotniska słabo radzi sobie z angielskim.

Na początek spotkało nas rozczarowanie, bo mauzoleum Mao Tse Tunga było zamknięte. Kiepsko, bo to jeden z najważniejszych obiektów, który planowaliśmy odwiedzić. Za to udało się zgodnie z planem zwiedzić Pałac Cesarski, czyli Zakazane Miasto,

pełne zorganizowanych wycieczek w jednakowych koszulkach i czapkach, kierowane przez przewodników z chorągiewkami na długich antenkach.

Od pewnego czasu bilety do nabycia przez internet: https://www.thechinaguide.com/blog/how-to-book-tickets-to-the-palace-museum   Sprawdzone osobiście, działa. Skorzystaliśmy z opcji nr 3 czyli

3. Let The China Guide book tickets on your behalf

Wybierasz dzień i godzinę, podajesz swoje dane, w tym nr paszportu i dokonujesz płatności kartą. Potem przy wejściu do Zakazanego Miasta musisz pokazać paszport.  Mają Twoje dane w komputerze i po sprawdzeniu dokumentów wchodzisz do Zakazanego Miasta.

Zwiedzamy też Wieżę Bębnów. Wspinamy się na jej wierzchołek po dziesiątkach stopni, gdzie w sporym pomieszczeniu stoją pokaźnych rozmiarów bębny. Wkraczają bębniarze, ubrani w białe bluzy i czerwone szarawary, przepasani żółtymi szarfami.

Dużymi pałkami walą rytmicznie w skórę bębnów, wygrywając egzotyczne rytmy,  za co zbierają oklaski od licznych turystów.

Obok znajduje się trzystuletnia Dzwonnica z wielkim dzwonem, w który uderza się drewnianą belką wiszącą równolegle do podłoża na grubych stalowych łańcuchach. Z góry mamy panoramę na Pekin, ale szału nie ma, bo stolicę Chin spowija gęsta mgła.

Pekin jest maksymalnie zmilitaryzowany. Wszędzie pełno wojska i policji. Przy wejściach do metra, przed sklepami, na skrzyżowaniach, przy ważniejszych i mniej ważnych obiektach stoją małe, okrągłe podwyższenia, a na nich wyprężeni jak struna żołnierze  z marsowymi minami i w białych rękawiczkach.

Co chwilę punkt kontrolny, gdzie obmacują i trzepią bagaże, albo je prześwietlają jak na lotniskach. Nieustannie. Obmacywali nas  i prześwietlali chyba kilkadziesiąt razy podczas zwiedzania miasta.

Aha, i mają hopla na punkcie zasad ppoż. Każdy policjant, żołnierz czy konduktor w autobusie ma przytroczoną do pasa podręczną gaśnicę. W Pekinie zdarzały się samopodpalenia np. w proteście przeciwko okupacji Tybetu, pewnie stąd te wszechobecne gaśnice.

Wielu Pekińczyków przemieszcza się na motorkach wyposażonych w coś na kształt pikowanej plandeki, okrywającej przód pojazdu i pasażera, wyposażonej w wielkie rękawice.

Pasażerowie metra przepychają się, nie przepuszczają wysiadających, kto pierwszy ten lepszy. Pekińczycy są głośni, wsłuchując się w ich rozmowę można odnieść wrażenie, że się kłócą, ale to tylko złudzenie. Szczerze mówiąc Pekin nie rzucił nas na kolana. Oczekiwaliśmy czegoś innego, więcej egzotyki, ale może mieliśmy zbyt mało czasu na poznanie prawdziwej twarzy tego miasta, poruszając się wzdłuż utartych szlaków od jednego do drugiego zabytku, bez możliwości bliższego poznania prawdziwego życia mieszkańców.

MANILA.

Po kilkugodzinnym locie lądujemy w Manili.

W stolicy Filipin gorąco mimo późnej pory, jakieś 26 stopni, w odróżnieniu od Pekinu, gdzie poranek był mroźny, a w dzień było około 15 stopni. Odbiera nas hotelowe auto i dowozi do miejsca przeznaczenia. Nocujemy na 11 piętrze. I tu ciekawostka. W naszym hotelu nie ma 13 piętra, jest 11, 12 i dalej 14, 15 etc. Pewnie też uważają, że trzynastka przynosi pecha.

Jeśli dobrze wychylić się z balkonu widać kawałek Zatoki Manilskiej. W Manili zewsząd i bez przerwy słychać pianie kogutów. Mimo, że to ponad dwudziestomilionowa metropolia

to wiele dzielnic ma charakter wiejski. Jakieś chałupy, piaszczyste podwórka, klatki z drobiem, pajęczyny przewodów elektrycznych, woda tylko  z pompy na skrzyżowaniu ulic. Gotują na ulicach, piorą, suszą ciuchy. Dzieciarnia gra w kosza. Wszędzie koszykówka. W radiu, telewizji i gazetach, na koszulkach i plakatach.

Po Manili na większe odległości poruszamy się kolejką. Na szczęście klimatyzowaną i dość szybką i czystą.  Więcej informacji na: http://www.lrta.gov.ph/# 

Na krótkich dystansach wybieramy jeepneye, tj. kolorowe osobowe półciężarówki z dwoma rzędami siedzeń. Nie mają drzwi, wsiada się z tyłu. Żeby zatrzymać taki pojazd wystarczy w dowolnym miejscu machnąć ręką i uiścić jakąś symboliczną opłatę.

W stolicy Filipin, podobnie jak w Pekinie, wszędzie prześwietlają bagaże i obmacują. Przed wejściem na stację kolejki, do banku, centrum handlowego, kantoru… Mania jakaś…?

Pisząc o Manili nie sposób nie wspomnieć o slumsach. Idziesz przez – wydawałoby się – normalną dzielnicę, nagle jesteś wśród walących się ruder z desek, płyt i blachy falistej. Rynsztoki, ciasnota, przeludnienie, zapachy dalece odbiegające od perfum, piejące koguty przywiązane sznurkiem za łapę do drzewa lub słupka. Tony śmieci dryfujące po powierzchni kanałów.

Wychudzeni biedacy dokoła. Ale mimo to nie czuć zagrożenia. Nikt nie zaczepia, prędzej usłyszysz „cześć, jak się masz?” i zobaczysz szeroki uśmiech bezzębnych ust.

A wszystko to w cieniu eleganckich wieżowców stojących kilkaset metrów dalej. Dojeżdżamy kolejką do Intramuros, czyli dzielnicy pokolonialnej, takiej jakby starówki. W katedrze akurat kończy się msza. Wierni obserwują kapłana na kilkunastu telebimach rozmieszczonych w całej świątyni. Na koniec mszy ksiądz otrzymuje od parafian gromkie oklaski, a potem polewa ich woda święconą z ….. uwaga!…. plastikowej butelki.

Potem kierujemy się na Cmentarz Północny. Ale to nie to, co sobie można wyobrazić znając nasze realia. To właściwie parkowa nieogrodzona dzielnica, samochody jeżdżą między grobami. I teraz najciekawsze: groby są domostwem dla wielu rodzin. Nocują tu, jedzą na nagrobkach, suszą na nich naczynia i pranie, rozkładają towary na sprzedaż. Rozwieszają płócienne daszki nad grobowcami i całymi dniami siedzą w ich cieniu.

Trafiamy na kondukt pogrzebowy. Zupełnie inny klimat niż u nas. Karawany ozdobione białymi balonikami, z głośników wesoła muzyka, gwar rozmów… Ogólnie raczej przypomina to wesele niż pogrzeb. Co kraj, to obyczaj…

Zmęczeni manilskim hałasem, tłokiem, upałem i kurzem wbijamy się do jedne jz największych na świecie galerii handlowych tj. Mall of Asia. Rozmiarami przypomina spore lotnisko. Jest tak wielka, że we wnętrzu, oprócz sklepów i restauracji rzecz jasna, mieści się wesołe miasteczko z diabelskim młynem i karuzelami, a nawet lodowisko na którym setki manilczyków śmigają na łyżwach. Mall of Asia oferuje też wypoczynek na zewnętrznych tarasach z widokiem na Pacyfik. I znowu: wszędzie prześwietlenia bagażu i umundurowani strażnicy z długa bronią.

Na Filipinach można spotkać młodzieńców o delikatnych, kobiecych rysach twarzy, z uszminkowanymi ustami, podkreślonymi oczami i pomalowanymi policzkami. Czyli coś podobnego do tego, co widoczne jest na każdym kroku w Tajlandii. Rzucają się również w oczy podtatusiali panowie o anglosaskiej urodzie w towarzystwie młodych, atrakcyjnych Filipinek.

BOHOL I PANGLAO.

O godzinie 8 mieliśmy samolot filipińskich tanich linii Cebu Pacific na wyspę Bohol do Tagbilaran (co za nazwa, jak środek na zaparcia, albo preparat na owady). I wszystko szło zgodnie z planem, ale przed samym końcem lotu pogoda spłatała figla i nie mogliśmy lądować. Krążyliśmy nad Tagbilaran chyba ze dwie godziny w oczekiwaniu na zmianę pogody, ale zaczęło brakować paliwa, więc skierowali nas na inne lotnisko, by zatankować i poczekać na zmianę pogody. Lot zamiast trwać półtorej godziny trwał chyba z sześć, ale  w końcu szczęśliwie wylądowaliśmy.

Następnie tricyklem (motorek z przyczepką z boku) dojechaliśmy do naszego legowiska, czyli do klimatycznych drewnianych chatek w dżungli. Te tricykle, jak na Azję przystało, są bardzo kolorowe i można na nich znaleźć cytaty z Biblii i żarliwe wyznania wiary np. „Chryste, Tyś mym zbawieniem”, „Wiara przenosi góry”, „Panie, ognia daj lampie mej”  itp.

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy wycieczkę łódką po okolicznych rafach i wyspach, połączoną z pływaniem z żółwiami i innymi morskimi bestiami. Oby dopisała pogoda, bo dziś niebo zachmurzone.

Jedź na Filipiny – mówili. Odpoczniesz – mówili… A tu nici z błogiego lenistwa  i barłożenia. Wręcz przeciwnie. Lot mieliśmy o świcie, więc pobudka nastąpiła o godzinie czwartej. Nie lepiej było dzień później, kiedy to musieliśmy wstać o przed wschodem słońca, bowiem już o 6.00 rozpoczynała się wycieczka łodzią na oglądanie delfinów i nurkowanie z żółwiami na rafie.

Najpierw wieźli nas bucząca łodzią z płóciennym daszkiem na akwen, znany z możliwości oglądania delfinów. I faktycznie, pokazały się. Wtedy cała kawalkada łódek  z warczącymi silnikami i dziesiątkami turystów ruszyła w ich stronę. Chyba nie bardzo odpowiadało to delfinom, bo tylko pokazały grzbiety na dosłownie kilka sekund  i zanurkowały w głębinach. Nic dziwnego, huku kilkunastu silników nad głowa nawet święty by nie wytrzymał.

Potem śniadanko na wysepce Balicasag i popłynęliśmy wiosłówką na rafę. Plum do morza i już widzimy stada kolorowych rybek, koralowce, rozgwiazdy i olbrzymie żółwie, leniwie poruszające się w głębinach. Nieprawdopodobnie przejrzysta woda w kolorze malachitu, promienie słoneczne rozświetlające mroki podwodnego świata, jednym słowem bajka….

Ostatnim punktem programu była maleńka, piaszczysta wyspa Virgin Island, otoczona przejrzystą wodą, na której unosiły się kolorowe łódki, noszące takie nazwy jak Dzieciątko Jezus, Święty Izydor, Archanioł Gabriel, Niepokalane Poczęcie itp. Na wysepce kilka straganów z owocami i pamiątkami i dużo, dużo słońca.

Ale do czasu. Niebo zasnuło się szarymi chmurami i dopadła nas tropikalna ulewa. Bardzo obfita, ale ciepła. Jednak kapitan dla naszego bezpieczeństwa postanawia skrócić trasę i wysadza nas w pobliskiej wiosce.

Wracamy do hotelu tricyklem. Mokre ciuchy i plecaki….Do suchej nitki…..Deszcz wciąż leje i nie zapowiada się, że przestanie.

Na szczęście wieczorem daje sobie spokój. Ruszamy więc na kolację. W restauracji stawiają ciekawa popielniczkę: mała doniczka ze spulchnioną ziemią. Ciekawe, proste, ale skuteczne rozwiązanie.

Dziś rano pożyczamy motorek i uderzamy w kierunku wyspy Bohol,

połączonej mostem z wyspą Panglao, na której stacjonujemy. To takie bardziej autentyczne Filipiny w odróżnieniu od kurortu, w którym się zatrzymaliśmy. Jaki to kurort….Jedna ulica, kilka sklepów i knajp, centrów nurkowych i mnóstwo Koreańczyków. Słychać angielski, francuski, niemiecki, ale też rosyjski i polski.

Bohol słynie z bogactwa fauny i flory. Najpierw zwiedzamy rezerwat tarsjerów, małych, przesympatycznych zwierzątek. Ani to małpka, ani mysz, ani niedźwiadek. Taki okrągły futrzak z długim, cienkim ogonem. Można obserwować te śmiszne, spokojne zwierzątka śpiące smacznie wśród gałęzi drzew.

Kolejna atrakcja to godzinna podróż barką, a właściwie pływającą restauracją po pięknej rzece Lobok, wijącej się wśród wzgórz i dżungli. Do dyspozycji szwedzki stół z ryżem, ziemniakami, pieczonymi kurczakami, krewetkami, rybami, surówkami, owocami  i zimnymi napojami oraz kolorowymi deserami. Do wyboru, do koloru, bez ograniczeń.

Do obiadu przygrywa na gitarze starszy gościu. Jego repertuar to szlagiery The Beatles, Presleya i piosenki miłosne. Mikrofon piszczy, głośniki skrzeczą, więc śmiechu mamy co niemiara, ale niezrażony wokalista nic sobie z tego nie robi i umila czas gościom pływającej restauracji.

Dopływamy do nabrzeża, a tam wita nas śpiewem kilkanaście kobiet w lokalnych, kolorowych strojach. Panie grają na ukulele, tańczą i śpiewają radosne, skoczne piosenki. Machają nam na pożegnanie, posyłają uśmiechy, zachęcają do kolejnej wizyty i w ten sposób obiad na barce dobiega końca.

Ostatnia dzisiejsza atrakcja to mini zoo, zwane Królestwem Motyli i Ptaków. Ogród otoczony siatką o drobnych oczkach, a w nim dziesiątki barwnych motyli. Obok można obejrzeć piękne pawie lub zrobić sobie zdjęcie z wielką, skrzeczącą, kolorową papugą lub z trochę mniejszą, białą.

W drodze powrotnej przejeżdżamy obok szkoły, w której właśnie kończą się zajęcia. Dzieciarnia wsypuje się do żółtych gimbusów. Jeśli ktoś nie znajdzie miejsca w pojeździe może przebyć drogę do domu na dachu szkolnego busika, trzymając się relingów.

SIQUIJOR.

Rano mamy prom na wyspę Siquijor, cieszącą się złą sławą za sprawą działających tam czarowników, uzdrawiaczy w konszachtach z niezbadanymi mocami i innych magików. Sam jestem ciekaw co nas tam czeka…..

Opuszczamy piękną wyspę Panglao i płyniemy promem na oddalona o około dwie godziny rejsu wyspę Siquijor. Podróż bez historii. Jako ciekawostkę podam fakt, że w okienku nr 1 kupuje się bilet, w okienku nr 2 uiszcza się podatek portowy, a w okienku nr 3 opłatę bagażową. Potem obowiązkowe (ufff, które to już?) prześwietlanie bagażu i można wejść na prom.

W porcie docelowym dopadają nas taksówkarze. Pokazują zalaminowane „oficjalne” cenniki, twierdzą, że obowiązują stałe ceny, ale bierzemy ich na przetrzymanie i twardo negocjujemy. Okazuje się, że jednak można taniej…

Logujemy się w małym, ale bardzo przyjemnym ośrodku na wybrzeżu. Dzień kończymy oglądaniem zachodu słońca nad morzem. Niebo zmienia kolory w miarę chowania się świetlistej kuli za horyzontem. Żółty, pomarańczowy, różowy, czerwony, fioletowy, granatowy. W tej niesamowitej grze barw obserwujemy rybaków wracających z wieczornych łowów. Ich łódki unoszą się na wodzie, a oni sami docierają do brzegu objuczeni sieciami i koszami z rybami.

A już całkiem późno, po zapadnięciu zmroku bujamy się w hamakach wsłuchani w szum Pacyfiku i palm, wpatrzeni w błyszczące gwiazdy. Do tego lampka wina… Mógłbym tak spędzać każdy wieczór….

Muszę pochwalić hotelową kuchnię. Śniadanie było pierwsza klasa. Sadzone jajka, pysznie upieczony bekon, mocna kawa i banan w bonusie. ]

Wypożyczonym motorkiem ruszamy na podbój wyspy Siquijor. Najpierw odwiedzamy mały wodospad w dżungli, gdzie popijamy sok prosto że świeżego kokosa. Regularna cena takiego przysmaku to około 2 zł, ale z uwagi na turystyczny charakter miejsca trochę przepłacamy.

Kolejny punkt programu to plażowanie nad czystą jak łza wodą zatoki, z licznymi skałami wulkanicznymi o fantazyjnych kształtach. Nurkujemy z maskami i fajkami podglądając stada kolorowych rybek.

Potem Cambugahay – kolejny wodospad, a właściwie trzy sąsiadujące kaskady, umieszczone jedna nad drugą, z oczkami wodnymi w których można pływać i nurkować.

Można też rozbujać się na linie i chlup(!)… wskoczyć do wody z wysokości kilku metrów.

Ostatnia atrakcja tego dnia to Fish Spa. Mały basenik z kolorowymi rybkami. Siada się na brzegu, zanurza nogi, a rybki ogryzają zużyty naskórek.

Na kolację zamawiam mięsko z grilla od ulicznego sprzedawcy. 3 szaszłyki za 2 zł.

W kolejnym lokalu deser: banan zapiekany w waflu z sosem czekoladowym i koktajl bananowy. Mimo, że knajpa serwująca te frykasy wygląda na dość drogą to ceny ma naprawdę przystępne.

Słońce zaszło już nad piękna wyspa Siquijor. Szkoda, że dzień kończy się już o 18.00.

Trochę o tutejszych cenach: wynajęcie motorka na cały dzień ok. 20 zł plus pełny bak ok. 15 zł, litr piwa w sklepie ok. 6 zł, paczka fajek ok. 5 zł, woda i owoce tanie, sery bardzo drogie, dobre śniadanie w hotelu lub knajpie od 10 zł (wypas i można się najeść), 20 km motorkiem z przyczepką – ok 20 zł., pieczony banan w cukrze 65 groszy, noclegi od ok. 50 zł za dwójkę. Czasem w podobnej cenie można znaleźć norę lub pałac, np. całe piętro w willi (2 sypialnie, łazienka, aneks kuchenny, salon tv, balkon, osobne wejście, klima, lodówka). Trzeba trochę pochodzić, popytać, poszukać- opłaci się.

Tutejsi ludzie: luźni, weseli, uśmiechnięci, mili i pomocni. Ciągle „sir”, „madame” , żadne tam „hello, my friend”. Wszędzie mnóstwo roześmianych dzieciaków, machających łapkami i piszczących „hello!”. Żadnych upierdliwych naciągaczy, sępów, żebraków  i zapijaczonych typów.

Znajomość angielskiego powszechna. Brak komarów, much, mrówek i karaluchów. Gorąco, słonecznie, wilgotność powietrza znośna, więc nie oblewamy się  potem jak np.w Wietnamie.

Ruch uliczny w miarę kulturalny, bez zajeżdżania i wyprzedzania na trzeciego. Czyli same pozytywy. I oby tak dalej Luźny, wesoły, kolorowy kraj z piękną przyrodą.

Po zachodzie słońca nadmorska wioska San Juan zaczęła rozbrzmiewać wesołymi, głośnymi rytmami. Idziemy w stronę źródła muzyki. Trafiamy do dyskoteki w tropikalnym ogrodzie z oczkami wodnymi w których pływają kolorowe rybki.

Drewniany podest dla tancerzy, scena dla muzyków, dokoła stoliki i dużo zieleni. Towarzystwo mieszane: turyści i filipińska młodzieżówka. Dużo piwa i rumu. Wesoło, głośno, kapela i DJ- e robią wszystko, by goście bawili się dobrze i nawet im to wychodzi.

Następnego dnia żegnamy miłych gospodarzy i tricyklem dojeżdżamy do portu Siquijor. Spędzamy w kolejce po bilety chyba ze dwie godziny, co w takim upale, ścisku i ogólnym rozgardiaszu nie należy do przyjemności. Dobrze, że policja turystyczną pilnuje porządku. Zapisują na liście nazwiska pasażerów, czuwają, by nikt nie wepchnął się bez kolejki, udzielają informacji.

NEGROS ORIENTAL. MORSKIE BARY.

Dwie godziny później jesteśmy na wyspie Negros Oriental, w mieście Dumaguete. Zostawiamy recepcjonistce ciuchy do prania, a już trzy godziny później pokojówka przynosi nasze rzeczy wyprane i wysuszone. Ekspresowy serwis. Nie ma lipy.

Ruszamy w miasto. Nie ma tu zbyt wiele do oglądania, traktujemy Dumaguete jako bazę przesiadkową, ale nie nudzimy się. Obserwujemy ceremonię ślubną w postkolonialnym kościele, a potem paradę dziecięcą. Maluchy w mundurkach szkolnych grają na bębenkach, cymbałkach i innych instrumentach, a ich starsi koledzy jadą na odkrytych ciężarówkach grając na perkusjach, gitarach i bębnach. Trąbią klaksony, przechodnie machają, jest wesoło, głośno i tłoczno.

Na ulicach można dostrzec plakaty z nazwiskami i zdjęciami poszukiwanych terrorystów. Przeważnie mają na imię Hassan, Ali, Abdul, Osama, Mohammed….Oho, chyba już wiem, co to za ekipa.

Dzień kończymy w barze karaoke. Wśród klienteli sami młodzieńcy, nie oszczędzający się jeśli chodzi o ilości wypitego piwa i rumu, ale jest przyjaźnie, bezpiecznie i bezproblemowo. Ich talenty wokalne pozostawiają dużo do życzenia, z tymi piskliwymi głosikami raczej nie zrobią kariery w show biznesie, ale w sumie jest miło i przy okazji popisów muzycznych filipińskiej młodzieży możemy pooglądać w TV walki kogutów (tutejszą narodową rozrywkę).

Piwo w tej knajpie kosztuje tylko o 30 groszy więcej niż w sklepie. Proszę barmana o popielniczkę.

– Kiepuj pan na ziemię.

Więc kiepuję…

Rano pożyczamy motorek. Starą, mocno wysłużoną Hondę. Pytam o kaski.

-Dziś niedziela, policja nie łapie. Nie potrzebujecie.

-Jednak wolimy jechać w kaskach. Dla własnego bezpieczeństwa.

-Ok, follow me.

Jadę więc za nim do jakiegoś hotelu i po chwili przynosi dwa wysłużone nocniki. Motorek zabytkowy. Nie działają licznik i prędkościomierz, ale grunt, że klakson piszczy. Więc w drogę!

Zwabieni głośną muzyką wchodzimy do jakiegoś kościoła. Wierni śpiewają głośno z rękami uniesionymi do góry. Coś jak chór gospel, ale to kościół katolicki. Stajemy nieśmiało w progu. Ksiądz wita nas głośno przez mikrofon i setki par oczu uczestników mszy kierują się w naszą stronę. Ktoś znajduje dla nas wolne miejsce, ktoś inny podaję Biblię, jeszcze inną osoba otwiera księgę na właściwej stronie. Kazanie trwa długo, bo kaznodzieja mówi po angielsku, a po chwili powtarza kwestie w lokalnym języku (chyba cebuano).

A potem już prosto do niesamowitego miejsca, pewnego baru na wodach zatoki…..ale jakich wodach!!!!! Przeźroczyste, lekko zielonkawe, wydaje się, że łodzie unoszą się  w powietrzu. Biały piasek, kilka knajpek że spadzistymi dachami. Można tam dopłynąć łodzią, drogą lądową nie da rady.

Dojeżdżamy do małej, ubogiej wioski, będącej bazą wypadową do morskich barów. Na wjeździe kilku zapijaczonych typów oferuje nam wynajęcie łodzi. Patrzę na nich i gdy słyszę cenę dodaję gazu. W wiosce negocjujemy chwilę i udaje się wytargować cenę o połowę niższą niż pierwotnie proponowana przez pijusów na rogatkach.

Morskich barów jest kilka, chyba ze cztery, w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie i kilku km od lądu. To platformy umieszczone na palach wbitych w dno oceanu. Urokliwe miejsce służące m. in. jako miejsce sesji fotograficznych dla filipińskich rodzin  i grup nastolatek. Pochwalić się na Instagramie fotką z takiego miejsca – bezcenne! Koleżanki zzielenieją z zazdrości!

Łódź dowozi nas kilkadziesiąt metrów do celu, dalej trzeba dostać się wpław. Fala dość wysoka, więc zakładamy kamizelki ratunkowe i jakoś docieramy do baru.

Kilka fotek na tle oceanu, kąpiel w oceanie i musimy wracać. Słońce zbyt mocno świeci, ani grama cienia, nie chcemy się usmażyć, albo nabawić udaru słonecznego.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na sok z kokosa. Chudy, starszy, bardzo wesoły gościu wycina maczetą otwór w owocu, wręcza słomki i po chwili sączymy ten pyszny, naturalny napój. Cena jednego kokosa – 1 zł 50 gr. Potem ze skorupki wycina nam coś jak łyżeczki, a może raczej łopatki, którymi wybieramy kokosowy miąższ.

Na Filipinach działa taka instytucja jak „asystent parkingowy”. To przeważnie emeryt, który instruuje kierowców aut i motorków jak mają zaparkować, pilnuje ich pojazdów,  a motocyklistom pożycza kawałek tektury dla ochrony siodełka przed upałem. Mają na sobie kolorowe koszulki z napisem PARKING ASSISTANCE, są bardzo mili i uśmiechnięci. Nie trzeba im płacić, ale jakiś dobrowolny, niewielki datek jest zawsze miłe widziany.

Wkrótce popłyniemy promem na sąsiednią wyspę Cebu. Znowu będzie o zwierzętach. I to jakich!

SZCZĘKI.

Opuściliśmy wyspę Negros Oriental i dopłynęliśmy promem do sąsiedniej wyspy Cebu. Oferuje ona wiele atrakcji. Jedna z nich to wodospad Tumalog w pobliżu miejscowości Oslob. Jedziemy tam na pace odkrytej ciężarówki z dwoma rzędami siedzeń z bambusowych rurek. U nas niemożliwe. A tu nikt nie pyta o koncesję na przewóz osób, ubezpieczenie, pasy. Grunt, że do przodu.

Przed wejściem do wodospadu spijamy po kokosie, kilka minut spaceru i już jesteśmy u stóp najwyższego wodospadu, spośród tych, które widzieliśmy na Filipinach. Dokoła dżungla. Woda z szumem spada z kilkudziesięciu metrów, rozbija się o skały, rozsiewając mgiełkę, po czym ląduje w szmaragdowym jeziorku. Tropikalna wilgoć powoduje, że roślinność przybiera soczyste barwy we wszystkich odcieniach zieleni. Krążą ptaki i kolorowe motyle.

Przepływam jeziorko, staję pod kaskadą. Huk wody, a miliony igiełek atakują głowę i plecy. Orzeźwienie na maksa. Wodospad jest tak wielki, że obiektywem aparatu trudno go objąć.

Kładziemy się wcześnie, bo czeka nas pobudka przed wschodem słońca. Ale warto. Miejscowość Oslob na wyspie Cebu słynie z możliwości pływania z największymi rybami świata, rekinami wielorybimi.

O szóstej rano meldujemy się w kolejce po bilety. Dostajemy kamizelki ratunkowe, wysłuchujemy krótkiego wykładu, że nie wolno dotykać i karmić rekinów pod karą więzienia.

Odpływamy kilkaset metrów od brzegu. Nie tylko my. Kilkanaście łodzi szczelnie wypełnionych turystami uzbrojonymi w kamery podwodne. Hop do błękitnej wody i po chwili przepływają obok nas czterometrowe szare bestie z pyskami, w których zmieściłby się dorosły człowiek.

Kilka par skrzeli porusza się miarowo. Potwory są spokojne, leniwe, powolne i całkowicie bezpieczne. Turyści kręcą filmy i robią im fotki wśród ochów i achów. Nie dziwota, rekiny robią wrażenie.

Powrót do hotelu, pakowanie gratów i autobusem kierujemy się na przeciwległy, zachodni brzeg wyspy Cebu. Obok nas siedzi młody chłopak z pomalowanymi pazurkami. Pudruje policzki, szminkuje usta, co chwilę poprawia włosy w lusterku kieszonkowym. Dużo takich osób można spotkać na Filipinach.

Najlepiej żywić się tu w ulicznych garkuchniach. Na każdym bazarze i ruchliwej ulicy jest ich kilka. Duży stół z garnkami i kuwetami z przeźroczystymi pokrywkami, a w środku kurczaki pieczone, wołowina, wieprzowina, owoce morza, zupy, makarony, ziemniaczki, sałatki, grillowane warzywa, ryż. Dobry obiad z domowej kuchni można zjeść już za 5 – 8 złotych (wliczając napoje). Pokazujesz palcem na co masz ochotę i po chwili już zajadasz.  Sztućce trzymają w elektrycznych kociołkach z gorącą wodą, więc są zawsze czyste. Serwis miły, uprzejmy i uśmiechnięty. W ogóle Filipińczycy są wyluzowani i zawsze z uśmiechem.

Nocujemy w Moalboal w bambusowej chatce kilka metrów od morza. Malachitowego i pełnego kolorowych rybek. Jest lodówka, łazienka, kuchnia i wiatrak. Na wybrzeżu wulkaniczne klify, po których biegają kraby.

Po zapadnięciu ciemności zapalają się kolorowe lampiony zawieszone na palmach i bananowcach. Zachodzi słońce, wszystko zmienia kolory na odcienie oranżu, różu i czerwieni. Szum fal koi… Można bujać się na hamakach zawieszonych między palmami popijając zimnego San Miguela z widokiem zapierającym dech.

Właścicielem ośrodka jest stary Niemiec z żoną Filipinką.

KAWASAN FALLS.

Gromadząc ileś tam miesięcy temu informacje o ciekawych miejscach na Filipinach trafiłem na zdjęcia wodospadu Kawasan. Po ich zobaczeniu pomyślałem: muszę tam jechać! Marzenie właśnie się spełniło.

Dojeżdżamy autobusem do ścieżki prowadzącej w stronę kaskady, a właściwie kilku ulokowanych jedna nad drugą. Po drodze można zjeść grillowanego banana lub ochłodzić się sokiem z mrożonych orzechów kokosowych. Po kilkuset metrach spaceru przez dżunglę zażywamy kąpieli w turkusowym jeziorku zasilanym wodą z górskiego strumienia. Popularną rozrywką są skoki ze skały z kilkunastu metrów wprost do zimnej wody.

Poranek nad wodospadem już za nami. Jedziemy autobusem „klimatyzowanym”, czyli z pootwieranymi oknami do Cebu, bodajże trzeciego miasta Filipin. Oficjalnie ma 1 mln mieszkańców, nieoficjalnie ze trzy razy tyle. Nikt bowiem nie wie ilu mieszkańców okolicznych wsi przybyło tu w poszukiwaniu lepszego życia. Widać ich na skrzyżowaniach, sprzedających kierowcom papierosy, zimną wodę, ciastka i owoce.

Na postoju wsiada grupka bosonogich maluchów próbujących wcisnąć pasażerom różne towary, jadło i napoje.  Na poboczach suszą się brązowe, włochate skorupy kokosów, przypominające główki małp. Ponadto porozkładane są płachty z ziarnem i drewnem na opał.

Miasto Cebu robi fatalne wrażenie. Tłok, tumult, korki, zaduch, żebracy, hałas, smog. I osiedla slumsów, rachitycznych chatek z desek i blachy, wiszących nad rzekami i kanałami. Przejechanie 6 km taksówką zajmuje nam godzinę. Czyli idąc pieszo stracilibyśmy tyle samo czasu.

Na szczęście następne lokum mamy w apartamentowcu w strzeżonej, cichej dzielnicy. Dzięki Bogu jest klima. Ruszamy na kolację i jeszcze szybciej wracamy. Odstrasza rzeka jadących aut, głośnych i produkujących śmierdzące wyziewy.

Rano dojeżdżamy na lotnisko Mactan. I ta sama śpiewka: tłok, kurz, spaliny, hałas, korki. Kryjemy się czym prędzej w klimatyzowanej hali odlotów. Lecimy na – podobno – najpiękniejszą wyspę Filipin tj. Palawan, do Puerto Princesa.

PALAWAN.

Przed zachodem słońca zażywamy kąpieli  w Pacyfiku, a już po zmroku ruszamy na dworzec autobusowy, by kupić bilety na autobus do El Nido, Mekki miłośników morskich i podwodnych krajobrazów. Wyławiają nas „touroperatorzy”.

-Kiedy, dokąd?

– El Nido, pojutrze rano.

-Wsiadajcie do tego motorka z przyczepką, zawiezie was do biura rezerwacyjnego. Za darmo. Na koszt przewoźnika.

Wsiadamy więc. Kilkadziesiąt metrów dalej wskazują nam ciemny garaż, w którym siedzi za biurkiem młoda dziewczyna. Obok stosy tektury i butelek. Nooooo….fajne biuro! Muszę świecić latarką, by widzieć cokolwiek. Dogadujemy się w sprawie biletów i transportu z hotelu na dworzec, który zapewniają w cenie przejazdu.

Potem kolacja z grilla u ulicznej sprzedawczyni, jakieś pieczone, pyszne kurczaczki,  a na przepitkę zielony napój z mango i żółty z ananasa.

Filipiny to kraj małych rozmiarów. Małe siedzenia w autobusach (trzy tyłki filipińskie = dwa tyłki europejskie), małe umywalki w hotelach, małe piwa i butelki coli, wszystko jakieś takie dla krasnali. Ale można się przyzwyczaić.

Wieczorem dopada nas tropikalna ulewa. Krótka, ale intensywna. Zwiewamy więc do hotelu i oglądamy telewizję z Filipin, Japonii, Chin, Indii, Singapuru itd.

Najpopularniejszą atrakcją południowej części wyspy Palawan są całodniowe wycieczki, podczas których można zjechać na linie ze szczytu góry, nad morzem, na sąsiednią mała wysepkę.

Wspinamy się szlakiem na szczyt skały porośniętej dżunglą. Na drewnianej platformie zakładają nam uprząż, na głowę plastikowe kaski. Podczepiają do stalowej liny i fruuuuu… Leci się około minuty z góry na maleńką wysepkę, kilkadziesiąt metrów nad wzburzonym, turkusowym morzem i palmami. Dopływ adrenaliny zapewniony!

Można śmigać samotnie lub w parach. Mnie kazali jechać samemu, bo przekroczyłem limit wagowy! Cóż, nie spełniam standardów filipińskiej społeczności w zakresie liczby kilogramów ! 😉

Potem obiad. Szwedzki bufet, jedzenia pod korek. Same lokalne frykasy. Po posiłku łódź motorowa z płóciennym daszkiem i kolorowymi chorągiewkami dowozi nas do najsłynniejszej atrakcji wyspy Palawan – Podziemnej Rzeki. Czyli kilkunastokilometrowej jaskini. Przesiadamy się na wiosłówki, każdy dostaje osobisty zestaw audio, z którego sączy się klimatyczna muzyka relaksacyjna.

Spokojne rytmy, dźwięki imitujące bicie serca i kapanie wody.

Wpływamy do długiej, ciemnej jaskini. Dokoła stalaktyty, stalagmity, pisk setek nietoperzy, fruwających nad naszymi głowami. Jedną z komór jaskini to tzw. Katedra, że stworzonymi przez naturę figurami Św. Rodziny. Inne naturalne rzeźby to m.in. Titanic i Sharon STONE.

Sternik oświetla latarką te niesamowite formacje skalne, z głośników sączy się muzyka dopasowana do tego, co akurat oglądamy. Podróż łodzią do Podziemnej Rzeki trwa około pół godziny i naprawdę wyrywa z butów. Ta nastrojowa muza ze słuchawek robi robotę w jaskiniowych mrokach.

W dżungli otaczającej to niepowtarzalne miejsce trafiamy na warana z Komodo, wielkiego Bazyliszka z rozszczepionym językiem. Wygląda na groźnego skurczybyka.

Prócz tego złośliwe małpy z ostrymi, długimi zębami i pazurami. Jedna próbujęa wyciągnąć mi coś z plecaka. Niezbyt miłą sytuacja. Wyrywa mi się z ust nieeleganckie przekleństwo. Na szczęście poskutkowało, małpiszon odpuszcza.

Mamy bilet na porannego busa do El Nido, topowego miejsca wyspy Palawan i całych Filipin, słynnego z najpiękniejszych morskich krajobrazów, lagun, plaż, jaskiń i wysepek. Bus startuje o g. 8.00, serwis transportowy ma nas odebrać z hotelu o 7.30 i dowieźć do dworca autobusowego.

7.30 – nic się nie dzieje. Żadnych ruchów.

7.40 – jak wyżej.

7.45- cisza, spokój, zapach lasu

7.50- wbijam do recepcji hotelu i proszę chłopa, żeby dryndnął  do firmy transportowej  i spytał o co kaman. Mówi, że to normalne na Filipinach, gdzie podejście do czasu jest bardzo luźne, a umówione godziny mają charakter orientacyjny. Przekonuję gościa, by zadzwonił pod numer widniejący na bilecie (zakupionym w garażu) i spytał co jest grane. Dzwoni. Abonent niedostępny. Masz, babo, placek…..Chyba nas wykiwali.

Wsiadamy w tricykl i jedziemy na dworzec. Odnajdujemy garaż, służący za biuro rezerwacyjne. Mówię, że mieli przyjechać i dostarczyć nas na dworzec. Wszyscy mają na to wywalone. Ale grunt, że pakują nas do busa jadącego w pożądanym kierunku.

Ruszamy z godzinnym opóźnieniem, bo pakują torby, pudła, walizki należące do innych pasażerów. Idzie im nieskoro, bo jarają fajki, piją bananowe koktajle, drapią się po gołych brzuchach itd.

W DRODZE DO EL NIDO.

W końcu ruszamy. Kierowca jedzie jakby wczoraj otrzymał prawo jazdy. Wyprzedzają nas nawet motorki. Grunt, że cały czas do przodu i że jest klima w busiku.

Zdążyliśmy przyzwyczaić się, że na Filipinach ludzie jeżdżą na dachach autobusów i ciężarówek, albo trzymając się jakiejś rurki z tyłu, ale pasażera jadącego na masce jeszcze nie widzieliśmy. Do dziś !

Ciekawostka: po drodze zatrzymuje nas coś jak inspekcja sanitarna. Pytają o owoce mango. Nie wolno ich wwozić w ten rejon, bo tu są podobno szlachetniejsze niż w innych częściach wyspy, gdzie są bardziej podatne na szkodniki i zarazy. Nie mamy mango z zakazanej strefy, więc nas przepuszczają.

Do El Nido dojeżdżamy po sześciu godzinach w ciasnym busie. Najsłynniejszy kurort Filipin właśnie się rozbudowuje. Powstają nowe hotele. Wiąże się to z hukiem silników betoniarek, hałasem pił tnących deski na rusztowania, błyskiem spawarek i ogólnym zamieszaniem, korkami, hałasem i spalinami.

Na szczęście jutro opuszczamy to miejsce i ruszamy na zwiedzanie okolicznych wysepek, plaż i lagun.

Najwięcej dzieje się po zmroku, gdy na ulicach rozstawiają grille i zaimprowizowane knajpy, gdzie można m.in. spróbować mięsa z krokodyla, ośmiornic i innych stworów. Może się skusimy.

Na Filipinach nie trzeba nastawiać budzika. Już koło godziny piątej zaczynają wrzeszczeć koguty, chwilę potem dołączają do nich skuterki i tricykle, czyli motorki z blaszaną przyczepką z boku. A o szóstej BIM BAM BOM. Czyli kościelne dzwony. Ich dźwięk różni się od tego co znamy z Polski, czyli głębokich, czystych, metalicznych uderzeń  i przypomina raczej walenie stalowym prętem o kawałek szyny kolejowej.

Tricykle to podstawowy środek transportu na Filipinach. Tanie, sprytne, wszechobecne. Ale też głośne i smrodliwe. Ich kierowcy mają specyficzne poczucie humoru. Na zardzewiałych burtach pojazdów można znaleźć taki np. napis : WI FI W CENIE, albo SZYBKI I WŚCIEKŁY lub zamiast tablicy rejestracyjnej zalaminowaną kartkę o treści ZGUBIŁEM REJESTRACJĘ, PRZEPRASZAM.

W Niedzielę Palmowa na ulicach El Nido pojawili się odświętnie ubrani Flilipińczycy z zielonymi gałązkami palmowymi.

Głównym powodem, dla którego El Nido przyciąga rzesze turystów są całodniowe wycieczki łodzią motorową po okolicznych wyspach z ich pięknymi lagunami, plażami, jaskiniami i zatokami. W cenie obiad, a za dodatkową opłatą można napić się piwa lub soku ze świeżego kokosa lub pożyczyć kajak, sprzęt do nurkowania i gumowe lub silikonowe mokasynki do chodzenia po kamienistym dnie morza.

Załogę stanowi kilku uśmiechniętych młokosów (przewodnik, kucharz) i przeważnie starszy facet – kapitan. Łodzie startują rano z plaży, trzeba do nich dojść kilkanaście metrów przez wodę, a potem wspiąć się po drabince.

Obsługa wnosi kosze z jedzeniem, czyli ćwiartkami kurczaka i rybami, gary z ryżem, warzywami, ananasami, bananami i arbuzami oraz kanistry z wodą pitną. Rozwija płócienne daszki, rozdaje kamizelki ratunkowe i rozsadza pasażerów wg wagi. Liczba grubasów i chudzielców musi być taka sama na obu burtach.

Przedstawiają się, opowiadają o programie wycieczki, kilka słów o ochronie przyrody i postępowaniu z odpadkami na łodzi. Wolno palić, ale kiepy można wrzucać tylko do puszek, broń Boże do wody. I słusznie.

Ruszamy. Po kilkudziesięciu minutach rejsu wysadzają nas w lagunie, niewidocznej z morza. Dopiero po przepłynięciu wpław przed skalisty przesmyk możemy cieszyć się krystaliczną wodą i palmami bujającymi się na wietrze.

Kolejny przystanek na nurkowanie na rafie. Zakładamy maski i rurki i zagłębiamy się w przejrzystej wodzie. Rewia kolorów i kształtów.

Intensywne słońce wbija promyki głęboko, głęboko. Niektóre ryby przypominają kształtem paletki do tenisa stołowego, inne – wybaczcie to porównanie – plasterek boczku! Podłużne i pręgowane …

Są też takie w kolorze piaskowym, świetnie maskujące swą obecność na tle dna. Można je dostrzec dopiero gdy się poruszą. Do tego meduzy, unoszące się powoli, ale lepiej je omijać, bo parzą. Pieczenie trwa kilka minut, nie jest szczególnie dotkliwe i przechodzi samo. Zielone (!) muszelki i koralowce.

W POSZUKIWANIU ANAKUNDY.

Przewodnik zapowiada wizytę na Wężowej Wyspie. Pytam skąd ta nazwa. Są tam węże?

– Nie, sir. Nazwaliśmy te wyspę Wężową, bo ma podłużny kształt. Jak wąż ANAKUNDA.

W ogóle Filipińczycy śmiesznie wymawiają niektóre słowa. Fifty five to pipti pajp na przykład 🙂

Dopływamy do kolejnej wysepki. Na brzegu bambusowe stoliki z daszkami z trzciny. Czas na obiad. Grillują kurczaki i wieprzowinkę, podają kolorowe sałatki warzywne, artystycznie pokrojone arbuzy i ananasy, ostro przyprawiony ryż, napoje.

Płyniemy się w kierunku następnej wyspy, gdzie zwiedzamy jaskinie pełne nietoperzy.

Przed zachodem słońca lądujemy na plaży, siadamy na fotelikach z widokiem na morze nabierające pomarańczowych i różowych barw, sączymy sok że świeżo zerwanych kokosów.

Udana wycieczka. Obsługa otrzymuje brawa od zadowolonych turystów i szczodre datki do TIP BOX. Zasłużyli, bez dwóch zdań. Podczas próby opuszczenia jednej z wysepek nie chciał odpalić silnik. Ale świetnie sobie poradzili, przytaszczyli akumulator z innej łodzi  i chwilę później nasz motor wypluł gęste spaliny i zaterkotał, zgłaszając gotowość do dalszej podróży.

Muszę przyznać, że nadmiar wrażeń i słońca męczy. Wieczorem padamy, tym bardziej, że wilgotność powietrza rekordowa,  a i hałas motorków i tricykli nie sprzyja relaksowi.

NACPAN BEACH!

Po dwóch dniach morskich podbojów pożyczamy skuterek i tniemy w stronę najpiękniejszej plaży Filipin tj. Nacpan Beach.

Droga przez mękę. Trochę asfaltu, ale dużo wybojów, trochę błota i piachu, kamieniste ścieżynki, groźne dla opon naszego białego Suzuki. Przejechanie kilkunastu km zajmuje ponad godzinę.

Ale warto było. Idylla. Turkusowe morze, biały piasek, hamaki rozpięte między palmami kokosowymi. Bambusowe chatki kilka metrów od morza. Wiklinowe kosze plażowe w kształcie cebuli, podwieszone na linie umocowanej do nachylonych pni palm. Małe knajpki z uśmiechniętą obsługą, brak zasięgu telefonu, żadnego internetu, muzyki, hałasu silników motocyklowych… Żyć, nie umierać…..Tylko szum morza i kiwające się leniwie palmy, po których wspinają się miejscowi, by zerwać dojrzałe kokosy…

Muszle robiące za popielniczki. Niby nic, ale fajne. Nocleg w takiej chatce to jakieś 80 zł ze śniadaniem i nieograniczoną kawą, herbatą i wodą. Klimy nie ma, ale jest wiatrak. Wystarczy. Do tego weranda, gdzie popijamy zimne piwo o zachodzie słońca.

Po zmroku na brzegu płoną grille ze świeżo złowionymi rybami, a kolorowe lampiony w barach i przed domkami kołyszą się miarowo poruszane wieczorną bryzą. Księżyc i gwiazdy dodają klimatu. Ja tu zostaję!!!

Filipińska armia odniosła znaczący sukces, o czym dowiedzieliśmy się z TV. Z treści komunikatu wychwyciliśmy słowo „terroryzm”, a potem widzieliśmy długi stół z dużą ilością zarekwirowanej broni bojowej i krótkiej, granatami i pasami z amunicją. Na tle tego śmiercionośnego żelastwa pozowali uśmiechnięci, brzuchaci generałowie w mundurach polowych.

Piękny Palawan żegnamy z żalem. Będzie nam brakować piaszczystych plaż z kryształową wodą, słońca i palm.

Lecimy do tej okropnej Manili. Nie ma tam nic ciekawego do zwiedzania. NIC! Najbrzydsze i najbardziej odpychające miasto w Azji jakie widziałem. Kroku dotrzymuje mu tylko nieodległe Cebu. Hałas, tumult, spaliny, korki, slumsy, dziadostwo, brud. Omijać szerokim łukiem obie te zakazane dziury.

Manilskie lotnisko opuszczamy Uberem, dojeżdżamy do najbliższej stacji kolejki miejskiej, którą chcemy dojechać do terminalu autobusowego (a jest ich w Manili kilkadziesiąt, z każdego odjeżdżają autobusy w innym kierunku), skąd chcemy złapać transport do San Fernando.

Uwaga! Na wyspie Luzon (gdzie leży Manila) są dwie miejscowości o tej nazwie. Jedna to San Fernando w powiecie Pampanga (nasz cel), druga to San Fernando w powiecie La Union. Łatwo o pomyłkę. Obie miejscowości leżą zupełnie gdzie indziej.

Ale kolejka miejska LRT dziś nie funkcjonuje. Obchodzą Wielki Tydzień. Kiepsko….Szybki, tani i wygodny środek transportu. Całujemy więc klamkę na stacji kolejki i idziemy na autobus. Do terminalu kilka km, ale jedziemy ponad godzinę. 15 minut jazdy, reszta to stanie w kilkukilometrowych korkach.

To dopiero preludium. W terminalu zakręcona jak wąż ANAKUNDA kolejka po bilety do San Fernando na jakieś lekko licząc 800 osób, czyli kilka godzin stania wśród hałasu, śmieci, spalin i smrodu szczochów. Bueeeee….

Po godzinie stania (postęp kilkanaście metrów) postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce. Wchodzę na zaplecze sklepu spożywczego, biorę tekturę, piszę na niej nazwę miejscowości do której zmierzamy i staję na wylotówce. Po chwili kilkudziesięciu kierowców chce nas zabrać. Sęk w tym, że sami taksówkarze, czyli za gruby szmal. Jedną ręką dzierżę tabliczkę z napisem SAN FERNANDO (PAMPANGA), a drugą opędzam się od taksiarzy, w oczekiwaniu na okazję

Podchodzi jakiś ziomek w mundurze. Coś jak straż miejska i drogówka w jednym. Pyta co jest grane. Pokazuję tekturę, a on „poczekaj, coś wymyślę”.

Po 5 minutach wchodzi w bajer z konduktorem autobusu jadącego w pożądanym przez nas kierunku i załatwia nam miejsca poza kolejką. Liczącą kilkaset osób! Nie wiem jak to zrobił, ale zadziałało!

Zostawiamy bez żalu tę okropną Manilę i jedziemy do celu wprawdzie pełnym, ale klimatyzowanym autobusem.

Po godzinie jesteśmy na miejscu. W hotelu mnóstwo ludzi, sami Europejczycy. Przyjechali na ten jeden wyjątkowy dzień w roku w tym samym celu co my. W San Fernando nie ma nic do zwiedzania, ale w Wielki Piątek ta nieciekawa mieścina przeżywa oblężenie.

Hotel mamy… hm… interesujący. Klima wprawdzie działa, ale tak głośno, jakby miała za chwilę wystartować w lot na Saturn, zamiast mydła jest kostka do WC (zapach PKP z czasów PRL), a kibelek nie ma deski ani spłuczki. Tzn. ma, ale spłuczkę „standard azjatycki,” czyli wiaderko z wodą i plastikowym rondelkiem do spłukiwania. Ujdzie w tłoku, bywało  gorzej. Grunt, że cisza i łóżka wygodne. I całkiem normalny prysznic.

ELI LAMA SABAKHTANI!

Poniższa opowieść jest dla osób o mocnych nerwach, bardziej wrażliwych prosimy o przełączenie odbiorników na inny kanał.

Od rana w całym miasteczku San Fernando słychać orkiestry dęte. Poprzedzają one korowody wiernych biorących udział w drodze krzyżowej.

Ta część wielkanocnych uroczystości nie różni się od tego, co znamy z naszego kręgu kulturowego. Ale cała reszta – oj, tak…

Na każdej ulicy bosonodzy, biczujący się grzesznicy z twarzami zamaskowanymi czarnymi chustami, przewiązanymi na wysokości czoła konopnym sznurem bądź wieńcem imitującym koronę cierniową. Idą w ciszy, słychać tylko świst biczów  i ich trzask o plecy pokutników. Krew bryzga wszędzie. Na chodniki, auta, ogrodzenia domów i licznych gapiów.

Pokutnicy docierają do kościoła św. Łucji, wręczają gapiom swoje ociekające krwią bicze, po czym klękają lub kładą się przed bramą twarzą do ziemi, rozkładają ręce i proszą, by smagać ich po plecach w ramach pokuty. Na kościelnym ogrodzeniu powiewają czarne flagi,

a figury świętych na dziedzińcu okryte są czarnym płótnem, co potęguje grozę.

Każdą z takich kilkuosobowych grup grzeszników obsługuje mężczyzna z kawałkiem drewna z zbitymi weń ostrymi odłamkami szkła. Przykłada ich krawędzie do pleców pokutników i lekko nacina skórę, co powoduje, że płyną kolejne strużki krwi. W czasie tego zabiegu pokutnicy modlą się ze skłonionymi głowami i złożonymi dłońmi.

Za chwilę poprawiają biczami i jest naprawdę krwawo. Jeden z mężczyzn klęka przed jakimś domem, modli się na klęczkach, wręcza domownikowi bicz i prosi, by obił jego plecy. Co to za dom? Kto w nim mieszka? Może sąsiedzi,  którym wyrządził krzywdę? Może rodzina, dla której był zły????? Nie mam pojęcia…..

Przychodzi czas na właściwą drogę krzyżową. Spora inscenizacja. Jest Chrystus w czerwonej sukni, jest Piłat, rzymscy legioniści w błyszczących zbrojach i hełmach, uzbrojeni w włócznie, jest Matka Boska i inne postaci biblijne. Przy każdej stacji odgrywaną jest odpowiednią scena przy głośnej przejmującej muzyce z głośników na ciężarówce.

Na koniec (nomen omen) GWÓŹDŹ PROGRAMU. Przytwierdzają do krzyża mężczyznę odgrywającego rolę Chrystusa. W jego dłonie wbijają kilkunastocentymetrowe gwoździe. Stawiają krzyż pionowo, a kolejne gwoździe przebijają stopy mężczyzny.

Płynie krew. Mężczyzna na przemian wznosi głowę ku niebu lub opuszcza ją bezwładnie.  Przez zaciśnięte żeby przeciskają się słowa modlitwy. Naprężona klatka piersiowa unosi się  i opada w przyspieszonym tempie.

Po kilku minutach opuszczają krzyż, wyciągają gwoździe z dłoni i stóp mężczyzny, a jego miejsce zajmuje kolejny chętny. Rzymscy legioniści znoszą z podwyższenia zwiotczałe ciało ukrzyżowanego, a medycy opatrują mu rany.

Każdego roku w Wielki Piątek w San Fernando krzyżuje się kilka – kilkanaście osób. Wszyscy to ochotnicy. Czynią tak z rozmaitych powodów, np. w podzięce za odzyskane zdrowie, uratowane życie albo dla odpokutowania grzechów.

Mocne i przejmujące widowisko. Jego duża część to po prostu inscenizacja scen biblijnych, ale krew, rany, gwoździe i bicze są jak najbardziej autentyczne. Niesamowite przeżycie…..Widowisko z dużym ładunkiem emocji. Był to jeden z głównych punktów naszego pobytu na Filipinach. Niezapomniany…

Skoro poruszyliśmy tematy religijne (a raczej to one nas poruszyły) to napomknę  o innych – oprócz katolickiego – wyznaniach na Filipinach. Bardzo widoczni są Świadkowie Jehowy, są też baptyści, adwentyści, ewangelicy, w mniejszym stopniu anglikanie. Gdzieniegdzie jakiś mały meczecik, ale to rzadkość. Podobno na wschodzie Filipin jest ich więcej, ale tam nie dotarliśmy. Ciekawostką jest również masońska świątynia Rytu Szkockiego, koło której przejeżdżaliśmy podczas pobytu w Manili.

PINATUBO.

Opuszczamy San Fernando po krwawym widowisku, przemieszczamy się kilkadziesiąt km na północny zachód, do wioski Santa Juliana. Poszło nawet gładko, zważywszy, że to święto, Wielki Piątek. Po Drodze Krzyżowej w pustynnych upałach ciężko zregenerować siły, ale jakoś musimy się pozbierać, bo przed nami kolejna atrakcja – wycieczka do krateru wulkanu Pinatubo. Właściciel naszego hotelu ogarnia całą logistykę – transport, przewodnika, jadło i napitki.

O szóstej rano (choroba, kiedy ja się wyśpię na tych wakacjach???) oczekuje nas grupa wiejskich dzieciaków, które po 20 peso (1 zł 30 gr) sprzedają nam bambusowe tyczki. Nie wiedziałem w jakim celu, ale coś mi podpowiedziało, żeby kupić taki kijek. Bardzo się przydał podczas podejścia pod górę przez potoki.

Wsiadamy do terenowej, odkrytej Toyoty. Jedzie z nami starszy gość z Kalifornii wraz z filipińską narzeczoną. Facet zwiedził mnóstwo miejsc w Azji i Afryce, więc mamy o czym gadać, rozmowa klei się wyjątkowo.

Wyjeżdżamy za wioskę i jedziemy górzystymi, pustynnymi szlakami w stronę Pinatubo. Droga jest szara, pełna pyłu, co trochę przecinana strumieniem lub kałużą. Pilotuje nas ciężarówka armii filipińskiej z kilkunastoma wojakami uzbrojonymi po zęby.

Po godzinie jazdy przez pustkowia droga kończy się i ustępuje miejsca szlakowi,

będącemu czymś  w rodzaju tunelu w zielonej dżungli, którego dnem płynie wartki potok. Domyślam się, że  w pobliżu znajdują się złoża jakichś minerałów, bo woda barwi kamienie na żółto i brązowo.

Przed wejściem na szlak tabliczka :

Wstępujemy więc na szlak. Mijamy osady w dżungli zamieszkiwane przez ludność znacznie różniącą się wyglądem od reszty Filipińczyków. Prawie czarne twarze, płaskie nosy, kędzierzawe włosy. Przypominają raczej Papuasów lub Aborygenów.

Podejście do krateru jest łatwe i przyjemne, tym bardziej,  że na wysokościach panują niższe temperatury. Ogólne wrażenie psują trochę grupy nastoletnich turystów z głośnymi odtwarzaczami.

Góry otaczające jezioro w kraterze spowija mgła,

ale po chwili nie ma po niej śladu, więc możemy cieszyć się widokiem Pinatubo w całej okazałości.

Spędzamy miłą godzinę z widokiem na jezioro w wulkanie. Czas na powrót.

Nasi nowi znajomi tj. kalifornijsko – filipińska para są zmotoryzowani i na tyle mili, że proponują nam podwózkę do sąsiedniej miejscowości, skąd łapiemy popołudniowy autobus w kierunku gór. Ale jest już zbyt późno, by dojechać do celu i musimy zatrzymać się na noc w połowie drogi, w kurorcie Baguio. Nie mamy zarezerwowanego noclegu, więc szukamy czegoś po dotarciu na miejsce.

Pierwszy: drogi i pełen karaluchów. Odwrót.

Drugi : karaluchy. Jak wyżej.

Trzeci: drogi. Standard nieadekwatny do ceny. Wycofujemy się.

Kolejny: tani, w miarę czysty, niezła lokalizacja, ale trochę ciasny. Pokój u miłej rodziny. Bierzemy. Zostawiamy graty i wieczorową porą ruszamy coś przekąsić. Jakiś chłopak szepcze:

– Ej, stary….uważaj na plecak.

Faktycznie, dzielnica taka sobie. Łażą jakieś typy, może i nieszkodliwe, ale w nocy wszystkie koty są czarne. Na rogu ulicy stoi kilka wymalowanych panienek. Nie trzeba być jasnowidzem, by wiedzieć jaką profesję wykonują. Wśród dziewczyn jeden facet, także wymalowany i również wykonujący ten sam zawód.

Na brak mocnych wrażeń nie możemy ostatnio narzekać, więc postanawiamy wrócić do naszego ciasnego, ale bezpiecznego legowiska. Lepiej nie kusić losu.

WISZĄCE TRUMNY W SAGADA.

I znowu wczesna pobudka. Ale taka jest konieczność, bo musimy zdążyć na kolejny autobus. Jedziemy sześć godzin do miejscowości Sagada na północy wyspy Luzon.

Droga kręta, nad przepaściami, na szczęście przesypiamy sporą jej cześć. W Sagada temperatura tylko około 20 st. C,  więc będzie to nasza pierwsza noc na Filipinach bez konieczności użycia wiatraka lub klimy. Co za ulga…..Trochę męczą te upały.

W biurze podróży zgłaszamy chęć pieszej wycieczki. Robimy tak, bo przewodnik jest obligatoryjny: czuwa, by turyści byli bezpieczni i nie robili głupot, poza tym jest to sposób na walkę z bezrobociem i na zarobienie paru peso przez lokalnych.

Chłopak prowadzi nas górskim szlakiem wśród pachnących sosen. Wreszcie jakieś swojskie klimaty, a nie tylko palmy i bananowce. Przechodzimy przez stary cmentarz z białymi nagrobkami (też obchodzą Wszystkich Świętych pierwszego listopada, ale z tej okazji rozpalają na grobach ogniska, a nie świeczki), a po chwili docieramy do największej okolicznej atrakcji. Na Filipinach jest tylko jedno takie miejsce, a na całym świecie zaledwie kilka tzn. w Chinach i Indonezji.

Mowa o kilkusetletnim zespole trumien, zawieszonych na skale, na kołkach wbitych w jej twardą skorupę. Chłopak opowiada o zawiłościach rytualnych, związanych z pochówkiem, obchodzeniu rocznicy pogrzebu i ofiarach z 21 świń, zarzynanych z tej okazji. Tłumaczy, że trumien nie grzebano w ziemi, a zawieszano na skale w związku z wierzeniami, że dusza musi sobie raz na jakiś czas polatać, by odwiedzić przodków, a zakopanie trumny w ziemi znacznie to utrudnia. Oczywiście w dużym skrócie.

Po wycieczce idziemy na pocztę. Otwarta, ale żywej duszy. Okazuje się, że obsługa jest jednoosobowa. Rano chłopak odbiera przesyłki, które dojeżdżają autobusem z sąsiednich miejscowości, po czym przemienia się w listonosza i roznosi listy po wiosce. Dopiero po południu można kupić znaczek, nadać list lub paczkę. Sama poczta wygląda interesująco. Klitka bez okien, gdzieś pod schodami, z gołą  żarówką dyndającą na kablu.

Żegnamy miłą, chłodną, górską wioskę Sagada. Oczywiście towarzyszy nam pianie kogutów- jak wszędzie na Filipinach. Wsiadamy do kolorowego jeepneya. Nasze tobołki jadą na dachu. Nie dla wszystkich chętnych starczyło miejsca w pojeździe, niektórzy jadą na tylnym zderzaku, inni na dachu wśród paczek, pudeł i walizek. Podróż jest krótka, ledwie kilkanaście km, ale za to przez krętą górską drogę. Dojeżdżamy do sąsiedniej miejscowości, gdzie musimy złapać transport do Banaue, słynącego z pięknych tarasowych pół ryżowych.

Nasz kierowca pyta dokąd jedziemy i przekazuje nas swojemu koledze po fachu, jadącym w stronę tarasów.

– Tam jest terminal, odjazd jak zbierze się komplet.

Terminal okazuje się zwykłym garażem z dumnym napisem BANAUE TERMINAL. A w nim busik, który rusza dopiero po dwóch godzinach oczekiwania. I znowu kręta droga we mgle, widoczność ograniczona do kilku metrów, więc wleczemy się niemiłosiernie.

W biurze informacji turystycznej uiszczamy coś jak opłatę klimatyczną (sprawdzają przy wejściu do atrakcji, bez tego nie da się zwiedzać), wykupujemy wycieczkę na tarasy,  wodospad i wioski, zostawiamy graty w hotelu (z widokiem na taras ryżowy i rzekę) i ruszamy w miasto. Na rogu mają pyszne placki z kleikiem (1.30 zł) . Jutro też tam zajdę.

Postanawiam odwiedzić fryzjera, by ogolić glacę. Kolejny chłoptaś ze szminką na ustach, ufarbowanymi na blond włosami i pomalowanymi na różowo pazurkami. Mówię, że chcę, by ogolił mnie na zapałkę. Obraża się i odmawia.

– Sir, nie wykonuję takich prostych zadań. Jestem STYLISTĄ, a nie zwykłym fryzjerem.

Ok, niech mu będzie!!! Urzekła mnie ta historia !!! 😉

Magnesem przyciągającym turystów do zielonej, pochmurnej wioski Banaue są świetnie zachowane tarasowe pola ryżowe, liczące około 2 tys. lat. Ponadto można zwiedzać jaskinie, wodospady i gorące źródła – jeśli pogoda pozwoli. Dostęp jest niełatwy, tylko wąskimi ścieżkami nad urwiskiem, bez żadnych zabezpieczeń jak barierki czy łańcuchy. Po deszczu to wyprawa tylko dla doświadczonych i sprawnych fizycznie turystów.  Bez przewodnika znającego teren raczej niemożliwe.

Przewodnik i kierowca tricykla odbierają nas rano. Prujemy krętą, śliską drogą w kierunku tarasów i wiosek. Nachylenie terenu powoduje, że co rusz musimy wysiadać, bo albo pojazd nie może wspiąć się pod górę, albo spadek jest zbyt stromy i możemy wylądować w przepaści,  z której – być może – wyciągną nas dopiero podczas kręcenia kolejnej części Indiany Jonesa.

Czuć swąd sprzęgła i hamulców, wystawionych na ciężką próbę. Do tego pada deszcz i jest ślisko, więc w każdej chwili grozi wypadnięcie z trasy. Lawirujemy więc między osuwiskami składającymi się z kamieni, ziemi i połamanych gałęzi. W końcu dojeżdżamy do miejsca, gdzie kończy się asfalt, a diabeł mówi „dobranoc”. Dalej można iść tylko pieszo, wąską, śliską, kamienistą ścieżką wśród dżungli. Gorąco i wilgotno. Każdy krok może być ostatnim.

Docieramy do punktu, z którego rozciąga się niesamowity widok na tarasy w Batad. Dziesiątki wielopoziomowych pół ryżowych we wszystkich odcieniach zieleni. W dole mała wioska, zamieszkiwana przez rolników, którzy uprawiają te piękne pola od pokoleń. Dokoła góry, zasnute poranną mgłą.

Chwila kontemplacji, coś zimnego do picia i wracamy do Banaue. Mają tu odrażający zwyczaj żucia orzechów arekowych z jakimś białym proszkiem. Nazywają go „nasza kokaina”. Nie mam pojęcia co to jest, ale widać to na każdym kroku, bo żują to wszyscy mężczyźni i duża cześć kobiet. Świństwo barwi usta na pomarańczowo.

Na każdym kroku widać jak plują tym dziadostwem na chodniki. Wszędzie ohydne rude plamy.

Jest wczesne popołudnie, a nasz autobus do Manili rusza dopiero wieczorem, więc mamy dużo czasu na obiad z widokiem na góry, zakup pamiątek itd. Pasażerowie autobusu to przeważnie turyści, ale też kilku lokalnych, np. pomarszczony dziadek, który usiłował wnieść na pokład interesujący bagaż: wielki worek ryżu, nie mniejszą torbę z zieleniną, tekturowe pudło z pisklętami i miotłę. Do tego był głuchy jak pień i za Chiny nie mógł się dogadać z kierowcą i konduktorem. W końcu wniósł pudło z piszczącymi kurczakami, które umilały nam podróż do stolicy Filipin oraz miotłę.  Ryż i zielsko poszły do bagażnika.

Do Manili docieramy przed świtem. Jasny gwint, tego miasta nie da się lubić. Hałas, tłok, upał, korki, smród moczu i „dojrzewających” śmieci, których wszędzie pełno. Bezdomni w kartonach, brudne psy, ogólne dziadostwo i osiedla slumsów. Okropieństwo! Unikać za wszelką cenę!

Próbujemy dojechać do hotelu kolejką. Pierwszy skład tak zapchany, że masakra…..Nie ma możliwości, by dostać się do wagonu. Podjeżdża skład tak załadowany ludźmi, że wyglądają w wagonie jak stłoczone karpie na jakimś bożonarodzeniowym jarmarku. Drugi, trzeci i kolejne to samo.

Wsiadamy dopiero do szóstego lub siódmego pociągu. Pasażerowie nie mają za grosz pomyślunku. Tłoczą się przy drzwiach, a w głębi wagonu pustki. Mają w nosie innych towarzyszy podróży, nikt się ruszy,  a co tam…

Na końcowej stacji jak na złość żadnego tricykla. Błądzimy, szukamy i nic. Nieświadomie wchodzimy do muzułmańskiej dzielnicy. Kobiety z zasłoniętymi twarzami, brodaci faceci w okrągłych czapeczkach, jakieś inne Filipiny. W końcu docieramy do hotelu. Pokój na dziewiętnastym piętrze. Po nieprzespanej nocy w autobusie błyskawicznie zapadamy w sen.

Budzimy się koło południa. W Manili nie ma nic ciekawego, więc fundujemy sobie spacer po klimatyzowanych sklepach.

Widzimy taka scenę: o poranku z zardzewiałej karoserii na jakimś wysypisku śmieci (będącym jednocześnie placem budowy) wypełza kilku mężczyzn, najwidoczniej tam mieszkających. Nabierają wody do wiadra z ulicznego hydrantu i myją się starannie.

Manila po zmroku wygląda imponująco. Podświetlone wieżowce, galerie, mrugające telebimy reklamowe, hotele i restauracje. A cała reszta to slumsy, gdzie nie uświadczysz elektryczności czy bieżącej wody. Budy sklecone z blachy i desek, powiązanych sznurkiem lub drutem.

Z balkonu widzimy rzekę aut stojących w kilkukilometrowych korkach. Próbują przecisnąć się karetki i radiowozy na sygnałach. Powodzenia! Trzeba odstać swoje… Nie ma opcji, by przepuścić pojazd uprzywilejowany…

Na manilskim lotnisku pozbywamy się resztek peso, które zamieniamy na twardą walutę. Pięć godzin później lądujemy w Pekinie. Zdobywamy wizy tranzytowe (nawet gładko poszło) i jedziemy lokalnym PKS-em w stronę Wielkiego Muru.

Jak dojechać do Wielkiego Muru? Nie jest to skomplikowane. Z lotniska trzeba dojechać kolejką do Dongzimen  (25 juanów – 13,6 zł), czyli dworca autobusowego i stacji metra, skąd również można dostać się metrem do centrum, m. in. na Plac Niebiańskiego Spokoju. Z Dongzimen jedziemy autobusem 916  express do Hairou Beidajie. Tam na przystanku autobusowym można wziąć taksówkę do samej kasy Wielkiego Muru – dobre rozwiązanie jeśli masz mało czasu.

Jeżeli nie chcesz jechać taksówką przejdź na drugą stronę ulicy i wsiądź w autobus H23 w stronę Muru. Przyda się Yikatong – pekińska karta miejska, którą kupisz i doładujesz na lotnisku, przed wejściem na peron kolejki Airport Express. Działa w kolejce  Airport Express do Dongzimen, metrze, autobusach miejskich, ale w H23 już nie. Należy przyłożyć ją do czytnika przy wsiadaniu i przy wysiadaniu.

Zakup jest prosty: mówisz kasjerce YIKATONG i wręczasz pożądaną kwotę doładowania. Opuszczając Pekin możesz zwrócić kartę i odzyskać pozostałe środki.

Autobus 916express jeździ w godz. 6-21 z Dongzimen i w godz. 4.50-18.50 z powrotem, a H23 w godz.6-19, powrotny 5.50-19.00.

Cennik i godziny otwarcia Wielkiego Muru w Mutianyu:

Od 16 marca do 15 listopada od poniedziałku do piątku czynne 7.30-18.00, w weekendy do 18.30

16 listopada do 15 marca czynne od poniedziałku do piątku  w godzinach 8-17

Cena: 40 juanów (22 zł)

Seniorzy powyżej 60 roku życia – 20 juanów (11 zł)

Dzieci o wzroście 1,2 – 1,4 m  –   20 juanów

Dzieci niższe niż 1,2 m – za darmo.

Wydrukowałem sobie taki napis:

 

co oznacza  WIELKI MUR W MUTIANYU i pokazywałem go ludziom w razie problemów komunikacyjnych, w tym kierowcy autobusu 916. Zadziałało 🙂 Polecam Wam ten patent!

Na Mur można wejść pieszo lub wjechać kolejką krzesełkową (dodatkowo płatną), zjechać można na saneczkach poruszających się po metalowym torze.

Samemu reguluje się prędkość wajchą, nie ma obaw, że pojadą za szybko. Zresztą co kilkadziesiąt metrów stoi personel, który czuwa nad bezpieczeństwem. Różnica temperatur między Manilą a stolicą Chin jakieś 30 stopni. Zakładamy więc kurtki i czapki.

Jesteśmy na Murze. A tam …śnieg! Schodami w górę, schodami w dół. Co kilkaset metrów wieże obserwacyjno – strzelnicze. Dokoła góry i kwitnące drzewa.

Można zrobić sobie zdjęcie z gościem przebranym za chińskiego cesarza. Trochę turystów, ale tłoku nie ma. Na jednej z wież powiewa chińska flaga.

Ceny w sklepikach z pamiątkami i knajpach złodziejskie, ale można (trzeba) się targować. Chciałem kupić pamiątkę. Zaśpiewali mi cenę 75 juanów. Kupiłem za 6 😉

Spędzamy na Murze ponad godzinę i wracamy do Pekinu. Zimno jak diabli, do tego porywisty wiatr. Rozgrzewamy się rosołkiem w jadłodajni i jedziemy metrem na Plac Niebiańskiego Spokoju, pięknie podświetlony wieczorem.

Mnóstwo wojska, warty, prześwietlanie bagaży, ale raczej pro forma, nikt nie wnika. Pekin imponuje, choć nie ma jakiegoś fajnego klimatu. Sterylna czystość, porządek, dobrobyt, świetna organizacja. Minusem jest to, że prawie nikt nie mówi tu po angielsku, nawet urzędnicy na lotniskach. A samo lotnisko w Pekinie, mimo, że robi ogromne wrażenie mogłoby być lepiej oznaczone.

Trochę trudno się tu odnaleźć czy uzyskać potrzebną informację. Za to jest sklep Family Mart, gdzie można w normalnych cenach kupić jedzenie, napoje, owoce, słodycze.

Nad ranem wsiadamy w samolot do Warszawy …. i tyle nas widzieli w Azji.

Kilka słów tytułem podsumowania.

Komu spodobają się Filipiny? Miłośnikom pięknych morskich krajobrazów, czystej wody, gór, raf, plaż, palm, nurkowania, opalania, egzotycznych zwierząt jak tarsjery, żółwie, rekiny, kolorowe rybki.

Natomiast nie przypadną do gustu zwolennikom zabytków i architektury, wręcz przeciwnie. Ale jeżeli lubisz wulkany, nurkowanie lub wodospady to miejsce jest dla Ciebie. A krwawy spektakl taki jak wielkopiątkowe ukrzyżowania obejrzysz tylko tu! Robi kolosalne wrażenie!

Jest niedrogo, bezpiecznie, jedzenie niezłe, transport działa, standard tanich noclegów do przyjęcia. Bywają kłopoty z internetem, ale nie jakieś wielkie. Niestety, panuje tu ogólny chaos i bałagan, wielkie miasta to jakiś zły sen turysty, ale trzeba się przyzwyczaić.

Natomiast tutejszą ludność zaliczę do najmilszych, najbardziej uśmiechniętych, pomocnych i bezproblemowych. Praktycznie nie zdarzają się oszustwa lub naciąganie. Filipińczycy naprawdę dadzą się lubić.

Na tym kończę opowieść o tym, co udało się zobaczyć podczas miesięcznego pobytu w tym fascynującym, luźnym, wesołym, bardzo odległym kraju.

Na koniec refleksja. Z tą chorobą filipińską Olka K. to jakaś lipa. Nic takiego nam się tam nie przydarzyło. Albo mieliśmy więcej szczęścia, albo Olek jest mniej odporny, albo ktoś tu mija się z prawdą 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *