Azerbejdżan

Trzy godziny lotu z Warszawy i WITAJ GRUZJO! Z lotniska odbiera mnie koleś mieszkający w Tbilisi, z którym poznałem się podczas poprzedniego pobytu w tym kraju. Jest czwarta rano, wszystko pozamykane, ale zabiera mnie do całodobowej knajpy serwującej lokalne specjały. Kuchnia gruzińska jest pyszna, świetnie zwalcza niedobór cholesterolu;-), więc nie tak łatwo coś wybrać, ale udaje się. Na ścianach malowidła przedstawiające biesiadujących Gruzinów w strojach ludowych, raczących się winem na tle kaukaskich krajobrazów.

Nad Tbilisi pomału wstaje słońce. Ruch uliczny znikomy, więc fundujemy sobie przejażdżkę po centrum. Na stacji metra Isani wsiadam w zbiorową taksówkę i dojeżdżam do granicy Azerbejdżanu, którą pokonuję pieszo.

Gruzińscy pogranicznicy są wyraźnie zawiedzeni, że nie zostaję dłużej w ich pięknym kraju. Po chwili jestem już po stronie azerskiej. Pierwsze pytanie tamtejszych służb:

-BYŁEŚ W ARMENII?

Kiedyś tam byłem, jeszcze na starym paszporcie, w obecnym nie ma śladu z tej wizyty, więc mówię że nie byłem. Interesuje ich ta kwestia, bo Azerowie i Ormianie żyją jak pies z kotem – delikatnie mówiąc. Powodem jest konflikt o Górny Karabach, część Azerbejdżanu będącą pod armeńską administracją/okupacją (niepotrzebne skreślić).

Dlatego też Azerowie poddają szczegółowej kontroli osoby jadące z Armenii. A już pieczątka graniczna Górnego Karabachu uniemożliwia wjazd do Azerbejdżanu. Trzepią mi plecak. Zainteresowanie budzi pojemnik z proszkiem do prania. Ale nie dopatrują się związków z narkobiznesem, ani – o zgrozo – ze znienawidzoną Armenią i po sprawdzeniu wizy (uzyskasz ją tu: https://evisa.gov.az/en/ ) i wykonaniu pamiątkowej fotki do akt azerskiej Straży Granicznej wpuszczają mnie na terytorium Azerbejdżanu. Zaraz za przejściem słyszę :

-Taxi, my friend?

ze złotozębnych ust tłustej matrony w czarnej sukni. To szefowa tutejszej mafii taksówkowej. Pomaga jej kilku wyrostków i wszyscy próbują mi wcisnąć dojazd do sąsiedniej miejscowości za jakieś absurdalne kwoty. Jesteśmy w kraju roponośnym, co oznacza niskie ceny paliwa i trzeba o tym pamiętać przy negocjowaniu cen przejazdu.

Odmawiam więc i łapię stopa. Zatrzymuje się już pierwsza machina, mercedes kombi należący do handlarzy (czytaj: przemytników) kursujących na trasie Azerbejdżan – Gruzja – Czeczenia – Rosja  w celach biznesowych. Dowożą mnie w miłej atmosferze do sąsiedniej miejscowości na dworzec autobusowy

i ładują do busa w kierunku zabytkowego miasta Szeki, słynącego z Pałacu Chana i chałwy.

SZEKI.

Po dotarciu do Szeki dołączam do grona abonentów sieci komórkowej AzerCell i staję się szczęśliwym posiadaczem pakietu 5 GB internetu. Odnajduję mój hotel i udaję się na drzemkę regeneracyjną. Później obiad w restauracji Gagarin, która ma logo z wizerunkiem jakiegoś sputnika czy innej sondy kosmicznej. Tanio, smacznie, kulturalnie.

Krótka przechadzka po mieście. Nierówne kocie łby na ulicach. Łatwo stracić uzębienie lub zmienić konfigurację przegrody nosowej na takiej nawierzchni, więc na szybko odwiedzam Pałac Chana i Karawanseraj.

Robi się ciemno, światło nie sprzyja robieniu zdjęć, więc i tak wrócę tu jutro. A teraz trzeba wracać do bazy przed zmrokiem, by nie połamać kulasów na krętych, stromych i nieoświetlonych ulicach.

W hotelu wdaję się w gadkę z meksykańskim podróżnikiem, miłośnikiem Indii, Wietnamu i Filipin. Czyli miejsc, które również darzę olbrzymią sympatią. Pełne porozumienie. Jest w Azerbejdżanie od kilku dni, więc daje mi przydatne wskazówki. Odwdzięczam się informacjami o Iranie, następnym celu podróży mojego nowego amigo.

Azerbejdżan robi korzystne pierwsze wrażenie. Typowa Postsowiecja. Ceny przystępne, drogi niezłe, transport (taksówki Łada i busiki) zorganizowany lepiej niż przyzwoicie, ludzie przyjaźni, dobrze zaopatrzone sklepy i knajpy nie pozwolą umrzeć  z głodu więc NAPRZÓD!

Wszędzie widać wizerunki byłego prezydenta, pana Heydara Aliyeva.

W miastach są szkoły, ulice, parki, skwery, ronda, place jego imienia. No i Heydar na tle flagi. Heydar radosny. Heydar zamyślony. Heydar z dziećmi. Heydar z rolnikami. Robotnikami. Kobietami w strojach ludowych. I tak dalej.

Dzień kończę posiadówką w parku przy fontannie i zawodzeniu muezzina z meczetu na wzgórzu. Jutro ruszam na zwiedzanie pięknych, górzystych okolic.

***

KISZ.

W niedzielny poranek odprowadziłem meksykańskiego amigo na dworzec, zorientowałem się w transporcie do następnego punktu podróży, następnie rozklekotanym busikiem pojechałem do miejscowości Kisz, odległej o kilka kilometrów. Tam zwiedziłem lokalną atrakcję w postaci małego zabytkowego chrześcijańskiego kościółka (rzadkość w tych stronach).

W sąsiedniej Gruzji jest takich budowli na pęczki, znacznie większych i ładniejszych, ale ten też był interesujący. Vis a vis zabytku znajduje się popiersie Thora Heyerdahla z tablicą pamiątkową.

Do świątyni prowadzi labirynt brukowanych, nierównych uliczek, więc trzeba mieć się na baczności. W podziemiach oszklone krypty ze szkieletami i czaszkami.

Po powrocie do Szeki ponownie zwiedzam Pałac Chana, tym razem przy świetle dziennym i – niestety – wśród tłumów turystów, co powoduje, że na wejście trzeba czekać jakieś pół godziny.

Z zewnątrz pałac wygląda przeciętnie, nic specjalnego, ale za to wnętrze….! Mnóstwo kolorowych, przepięknych witraży, malowidła takie, że dech zapiera! Sceny batalistyczne, symboliczne, legendarne, motywy roślinne. Niestety, nie wolno robić zdjęć, a szkoda. Nawet nie próbowałem, bo wszędzie kamery i do tego każdej grupie turystów oprócz przewodnika towarzyszy strażnik, pilnujący by nie pstrykać fotek. W każdym razie zazdroszczę Chanowi, że mieszkał w tak wspaniałym miejscu. Dzień był słoneczny i gorący, więc zmykam do hotelu, gdzie cień, zielony ogród i przyjemny chłód poprawiają nastrój.

Azerbejdżan to raj dla miłośników słodkości. Na każdym kroku sklep z chałwą, sezamkami, orzechami w karmelu, ciastami i innymi wschodnimi, kolorowymi frykasami.

Mimo że to kraj muzułmański alkohol jest szeroko dostępny. Półki sklepowe uginają się od butelek wódki, bez trudu można też napić się piwa pod parasolami. Mięsożercy też znajdą coś dla siebie. Wszędzie grille z szaszłykami i kebaby.

Włócząc się po mieście widziałem orszak ślubny. Łady i stare mercedesy z rykiem klaksonów jechały z zawrotną prędkością. Limuzynę młodej pary poprzedzała Łada z kamerzystą w … bagażniku. Samochody udekorowane kolorowymi wstęgami i kwiatami. Oj, gruba impreza zdaje mi się.

Wieczorem ponownie muezzin wrzeszczał z minaretu donośnie „Allah akbar”,  a wszystkie okoliczne psy wtórowały mu szczekaniem i wyciem. Koncert na szczęście trwał tylko kilka minut. To samo o poranku. A właściwie jeszcze przed wschodem słońca….Głośne zawodzenie, a potem kakofonia tutejszych Burków i Azorów .

QABALA.

Ale to nie koniec spotkań z kulturą islamu na dziś. Zasuwam na dworzec autobusowy, wbijam się w tłoczną marszrutkę i kilkadziesiąt minut później ląduję w Qabala, takim lokalnym kurorcie nad pięknym jeziorem i z widokiem na góry przypominające nasze Beskidy.

Hotel to coś podobnego do naszych ośrodków wczasowych z czasów PRL. Szału nie ma, ale za to nad samym jeziorem. Klientelę stanowią w 90 procentach turyści z państw arabskich. Co się napatrzyłem! Idzie taki Arab w spodniach „rurkach” i w chustce „arafatce” na głowie, za nim kilka żon w burkach, widać im tylko oczy. Grillują te swoje halalowe kebaby i szaszłyki.

Zastanawialiście się jak je taka kobieta w burce, z czarną zasłoną na twarzy? A normalnie! Lewą ręką szmata w górę, w prawą widelec i zapodaje szaszłyka. Przybysze znad Zatoki Perskiej tańczą żywiołowo przy swojej muzyce i przy piwku. Tu w Azerbejdżanie to tania rozrywka. W ichniej Arabii Saudyjskiej kosztuje to znacznie drożej. Pewnie ze 30 batów na plecy.

Jeszcze o paniach w burkach… Co chwilę robią sobie selfie…w  BURCE! Rozmontował mnie widok arabskiej rodziny na rowerze wodnym. Facet i dwie od stóp do głów osłonięte Arabki. Co chwilę selfie! Teraz już widziałem wszystko… Chyba.

Zamawiam taksówkę do miasta. Cena 3 manaty (6 zł). Tutejsi często nazywają swoją walutę rublem. Taki sowiecki sentyment….

Miasto Qabala prócz malowniczego położenia nie oferuje zbyt wiele. Siadam w knajpie dla lokalsów. Czajnik herbaty z cytryną  2zł.  Kupuję wielkiego arbuza za 2zł i zmierzam na postój taksówek.

Cena wywoławcza 20 manatów. Przyjechałem tu za 3, więc targuję się ostro. Wytargowałem 75 % rabatu od ceny wywoławczej. W Ośrodku Kultury Arabskiej zostaję tylko na jedną noc, nazajutrz ruszam w góry.

Z ustaleń z obsługą hotelu wynikało, że śniadanie będzie o 8.30. Oczywiście nie dotrzymali umowy i podali godzinę później. Jeden z pracowników hotelu dowozi mnie swoim autem na dworzec autobusowy, ale kierowca busa nie chce mnie zabrać, bo jadę na krótkim dystansie, a on woli zabrać pasażerów aż do Baku za większą kasę. Chyba że zapłacę pełną cenę, do końca trasy, a wysiądę tam gdzie chcę. Mało opłacalna propozycja, więc szukamy innego rozwiązania.

Na wylotówce gromadzą się kierowcy nielicencjonowanych taksówek oferujący dzielone przejazdy. Same stare, ale świetnie utrzymane Mercedesy. Poza tym klimat typu: skóra, fura i komóra. I złote zęby oraz łańcuchy z tego szlachetnego kruszcu. Nie budzą mojego zaufania, poza tym oferują zbyt wysoką cenę. Cóż, mało kogo stać na taksówkę na dystansie 60 km, nawet przy tutejszych przyjaznych dla kieszeni cenach paliwa.

Staję więc w zatoczce i łapię okazję. Zajmuje mi to mniej niż 2 minuty, zatrzymuje się chyba szóste czy siódme auto, marki Łada oczywiście. Za sterami koleś w średnim wieku, ze złotą górną szczęką.

Co oni z tymi złotymi zębami? Pewnie gdyby zebrać wszystkie złote zęby z Azerbejdżanu, to ich łączna waga przekroczyłaby wagę rezerw federalnych w Fort Knox 😉

Po pierwszych pytaniach typu kto, skąd, dokąd i po co, mój kierowca rozpoczyna tyradę:

-Tak, piękny jest nasz Azerbejdżan i silny! Ale byłby jeszcze większy gdyby nie ta cholerna Armenia! Te psy okupują 20% naszego terytorium! Ale wkrótce skopiemy im tyłki! Słyszałeś o akcji naszych dzielnych chłopców 2 lata temu? Odbili 20 tys. hektarów! A to dopiero pierwszy krok! Już niebawem Górny Karabach wróci do macierzy! A potem razem z bratnią Turcją zaoramy Armenię! Nasze czołgi przemienią Erewań w kupę gruzu! Wyrżniemy wszystkich, a ich kobiety…(tu nastąpił opis tego, co spotka armeńską płeć piękną po wygranej wojnie. Tylko dla dorosłych, nie do zacytowania).

Pomyślałem ironicznie: „dlaczego jeszcze tego nie zrobili?”. Jakby czytał w moich myślach:

-Te dranie trzymają z Ruskimi, więc chwilowo im nie podskoczymy, ale ta przyjaźń kiedyś się skończy i wtedy pokażemy Armenii na co nas stać. Nu, pagadi! A w ogóle przekupili Europę, Amerykę i ONZ.

I tak dalej. No proszę, jak to można z bliska poznać problematykę relacji armeńsko – azerbejdżańskich w praktyce. Podróże kształcą 😉

W KAUKAZIE.

Kolejny punkt tj. Ismayili zdobyty. Do Lahic zostało ze 20 km. Autobus za 3 godziny. Decyduję się na transport prywatny, bo szkoda tracić czas w dworcowej poczekalni, by zaoszczędzić kilkanaście zł.

Idę na postój. Bariera językowa. Po rosyjsku słabo, słabo, po angielsku wcale….Gadają do mnie po azersku. W końcu znajduje się jakiś starszy facio, który zna rosyjskie liczebniki. Zaczynają od 40 manatów. Proponuję im dychę. Oni 30. Ja 10. Oni 25 itd. Pojechałem za 12. Znowu Łada, znowu złote zęby, czyli nihil novi sub sole.

Droga do mojego dzisiejszego miejsca przeznaczenia, czyli górskiej wioski Lahic jest spektakularna! Wiedzie wśród wysokich gór, nad przepaścią, dnem której wije się bystry potok. Co chwilę stajemy na robienie zdjęć.

Wchodzę na wąski, metalowy most chyboczący się nad wąwozem, kołysany silnym, górskim wiatrem.

Wygląda solidnie, nie ma obawy że się zerwie, ale bujanie nad przepaścią nie należy do przyjemności, choć budzi dreszczyk emocji. Kilka fotek i wracam na stały ląd.

Dojeżdżamy do Lahic. Kamienne domy, sklepy i stragany z wonnymi ziołami  i kolorowymi przyprawami. Imbir, pieprz, szafran, gałka muszkatołowa, mięta, laski cynamonu, kolorowe miody, przetwory….Feeria barw i aromatów. Pamiątki, rękodzieło, herbaciarnie. Płonące nargile wydzielają pachnący jabłkiem dym. Pasterze na osiołkach i koniach.

Podkowy uderzając o bruk powodują pomarańczowe iskry. Siwobrodzi starcy  w tradycyjnych nakryciach głowy grają w jakąś grę planszową sącząc herbatę i ćmiąc papierosy. Rzemieślnicy stukają młotem w arkusz blachy miedzianej wykuwając naczynia i pamiątki dla turystów.

Wchodzę na muzułmański cmentarz. Stare, poprzekrzywiane, kamienne nagrobki  i popękane tablice stanowią tu większość, lecz jest też kilka nowych z marmuru (lub jego imitacji) z wyrzeźbionymi wizerunkami zmarłych. Z nagrobków patrzą na mnie kobiety w chustach na głowach i wąsaci mężczyźni w futrzanych czapach.

Opuszczam centrum – czyli w sumie jedyną ulicę wioski – i siadam na kamieniu nad strumykiem i zanurzam nogi w jego wartkim nurcie. Na brzegu suszy się owcza wełna. Dokoła góry, lasy, nade mną błękit nieba i dużo słońca. Strumień szumi kojąco… Siedzę tak dłuższą chwilę i myślę o niebieskich migdałach. Poranek w górskiej wiosce Lahic był uroczy. Śniadanie na tarasie z widokiem na zielone zbocza. Przemiły gospodarz odwozi mnie na przystanek busików.

Kilka godzin później jestem już na dworcu autobusowym w stolicy Azerbejdżanu. Inny świat. Do tej pory zwiedzałem spokojną, zaniedbaną prowincję, a tu, w Baku, klimat metropolii. Międzynarodowy Dworzec Autobusowy wygląda jak połączenie lotniska i galerii handlowej z wielopoziomowym parkingiem. Wszędzie pełno ludzi z torbami, pakami i walizami, poszukujących autobusów podmiejskich, międzymiastowych i międzynarodowych. Można stąd dojechać do Turcji, Gruzji, Rosji, Iranu.

QUBA. ŁAZIENKA NA BALKONIE.

Kupuję bilet do Quby, miasta leżącego na północ od Baku, słynącego z licznych sadów jabłkowych

i traktowanego jako baza wypadowa do kilku pobliskich górskich wiosek. Jadę busikiem na siedzeniu obok kierowcy. Drzwi otwarte cały czas z powodu awarii siłownika, ale nawet dobrze się składa, bo jest 30 st. C, więc jest przewiew.

Z Baku w kierunku Quby prowadzi nowa, dobrze utrzymaną autostrada. W miarę oddalania się od stolicy domy stają się uboższe, podwórka brudniejsze, wszędzie pełno jakichś instalacji, starych obiektów poprzemysłowych, za to przez kilkanaście kilometrów jedziemy wzdłuż wybrzeża Morza Kaspijskiego. Wygląda obiecująco.

W godzinach popołudniowych ląduję w Qubie. Wbijam się do hotelu. Pokoik fajny, ale sąsiaduje z … gabinetem dentystycznym. Okna wychodzą na ruchliwą, głośną ulicę, więc pewnie pośpię średnio.

Mam do dyspozycji łazienkę, małą budkę NA BALKONIE, zamykaną na kłódkę. Takie rzeczy to tylko w Azerbejdżanie…:-)

SZUKAJCIE, A ZNAJDZIECIE.

Zasiadam w hotelowym barze na herbatkę. Zasięgam języka wśród personelu na temat cen transportu do słynnej wioski Xinaliq, leżącej wysoko w górach ok. 40 km od miasta, słynącej z pięknych krajobrazów i unikalnej kultury. Ceny zwalają z nóg. Pada kwota 100 manatów (200 zł) za całe auto.

– Ale pogadam z bratem, może pojedzie za 80.

Wciąż za drogo jak na moje możliwości. Co robić? Mam całe popołudnie i noc na zastanowienie się i opracowanie planu awaryjnego. Przez głowę przebiegają różne pomysły:

– autostop – przecież coś tam musi jechać….Ciężarówka, zaopatrzenie, albo jakiś leśniczy itd.

-znalezienie innych osób do podziału kosztów,

-negocjacje z kierowcami.

Łażę po mieście, pytam, zagaduję….Jeden gość godzi się na 40 manatów. Wciąż drogo, ale o niebo lepiej od ceny wyjściowej. W końcu uśmiecha się do mnie szczęście! Od pewnego kierowcy taxi dostaję namiar na hotel Xinaliq, organizujący zbiorowe przejazdy dla swoich gości. Może znajdzie się jedno wolne miejsce?

Biegnę tam w te pędy! Od recepcjonisty dostaję nr telefonu do szofera, który jeździ na tej trasie regularnie. BINGO!!! Koleś zabiera jutro troje turystów, ma jedno wolne miejsce za 10 manatów! Iiiiihaaaaaa! Głupi ma zawsze szczęście! Nastrój skacze o kilka kresek!

Nazajutrz uskrzydlony niespodziewanym sukcesem negocjacyjnym, pełen werwy i w wyśmienitym nastroju przystępuję do śniadania. Potem zasuwam do punktu zbornego, gdzie odnajduje mnie kierowca terenowej Łady Niva. Siadamy i pijemy herbatę w oczekiwaniu na resztę ekipy.

Mija kwadrans, następny i kolejny. W końcu pytam gdzie są inni pasażerowie.

– Wiesz, zaraz przyjdą jeszcze dwie osoby. Trzecia zrezygnowała.

Po chwili okazuje się, że jednak jestem sam. Hmmm….ktoś tu próbuje zrobić mnie w balona. A miało być tak pięknie…

Dziękuję więc kierowcy i znajduję innego, który ma już prawie komplet, jakby czekali na mnie. Więc w drogę! Jadę na przednim siedzeniu, na tylnym kaukascy górale o pooranych zmarszczkami twarzach.

Do wioski Xinaliq prowadzi nowa asfaltowa droga, zbudowaną z okazji wizyty prezydenta w tych rejonach. Piękne górskie widoki, pełne wąwozów, głębokich przepaści i rwących strumieni. Pogoda wymarzona, ani jednej chmury.

BOLLYWOOD NA KAUKAZIE.

W połowie trasy niespodzianka! Ekipa z Indii kręci film w niesamowitej kaukaskiej scenerii. Azerbejdżańscy górale pracują tu jako statyści. Robią za hinduskich wojowników. Poubierali ich w czarne stroje, dali długie archaiczne strzelby.

Na polanie z widokiem na wysokie góry mnóstwo kamer, mikrofonów, reflektorów, plątanina kabli, jakieś dekoracje i KAMERA AKCJA! Podchodzę. Może znajdzie się jakaś rola dla mnie! 😉 Na początek wystarczy drugoplanowa. Ale strażnik z krótkofalówką w dłoni przegania nas mówiąc, że to teren wynajęty przez ekipę filmową i nie życzą sobie obcych, by moc spokojnie pracować. Tak więc nie dla mnie (na razie) sława gwiazdy indyjskiej kinematografii, ale dowiadujcie się 😉

Mijamy stada krów, kóz i owiec pilnowane przez pasterzy na koniach. Wysoko, wysoko nad górami majestatycznie krążą orły. Dojeżdżamy do miejsca docelowego. Xinaliq rozpościera się półkoliście na zboczu góry. Mówią tu swoim własnym językiem, trudnym do sklasyfikowania, odmiennym od azerskiego.

XINALIQ.

Kamienne domy kryte blachą falistą, kręte wyboiste dróżki, na ławeczkach starcy zapatrzeni w dal, kobiety piorące ubrania w blaszanych baliach. Stare Ziły, robiące za tymczasowe magazyny, beczki z wodą na dachach domostw, wielkie stogi siana przykryte niebieską folią, zardzewiałe anteny satelitarne.

Jedna czy dwie zapuszczone herbaciarnie, mały sklepik, pełno kur, kaczek, bezdomnych kotów. Na słońcu suszą się brykiety z krowich odchodów.

– Zapraszam na herbatę – mówi facet w fioletowym garniturze.

Siadamy u niego w domu. Całkiem przyjemnie. Tradycyjna, przestronna chałupa. Gospodarz wynajmuje pokoje licznym turystom, amatorom górskich wędrówek. Pokazuje mi album ze zdjęciami, wykonanymi podczas polowań i pikników na dużych wysokościach.

Na ścianach trofea myśliwskie, w tym rozłożyste poroża górskich kozic i wypchane ptactwo.

Czas płynie bardzo szybko w tym niesamowitym miejscu. Jednak trzeba wracać.  W hotelu na obiad podają rosołek z kury i bochenek chleba na osobę. I oczywiście ogromne ilości herbaty z cytryną, sokiem i kolorowymi kostkami cukru.

WIDZIAŁEM ORŁA CIEŃ.

Nazajutrz za namową miejscowych wybieram się do Laza – kolejnej urokliwej wysokogórskiej miejscówki. Standardowo: najpierw busikiem najdalej jak można czyli do Qusar, potem przesiadam się w taxi. Do przebycia jakieś 30 km. Dojeżdżam do początkowej stacji nowoczesnego wyciągu krzesełkowego. Co ciekawe przy kupnie biletu pytają  o nazwisko  i narodowość.

Stacja kolejki górskiej sąsiaduje z nowoczesnym, drogim hotelem, w którym klientelę stanowią brodaci Arabowie z żonami w burkach. Jadę wyciągiem wysoko w góry. GPS pokazuje prawie 2 tys. metrów n.p.m. Poniżej zielone łąki, stada krów, dokoła skalisty Kaukaz z dominującą nad okolicą górą Shahdag – ponad 4 tys. metrów n.p.m.

Na jej szczycie widać czapy śniegu. Wysiadam na ostatniej stacji, idę szlakiem jeszcze wyżej. Siadam na kamieniu i kontempluję piękno kaukaskiej przyrody. Nad głową co rusz przelatują orły o rozłożystych skrzydłach.

Cisza, dużo słońca, lekki wiatr, błękit nieba. Ale po chwili zza Shahdag wyłania się mgła i widoczność maleje prawie do zera. Podejmuję więc decyzję o wycofaniu się z tych pięknych okoliczności przyrody.

NABRAN(Y).

Na dole nie ma transportu publicznego ani taksówek. Są tylko eleganckie limuzyny hotelowe i prywatne busy wynajęte przez turbanowo – burkowe rodziny. Pozostaje autostop. Droga mało uczęszczana, jeżdżą tylko ciężarówki z pobliskiej budowy. Jednak po kwadransie łapię zieloną Ładę i pół godziny później osiągam zaplanowane miejsce przeznaczenia. Wracam do hotelu, wymeldowuję się i ruszam w stronę Morza Kaspijskiego, do Nabran.  Kilka przesiadek (Xacmaz, Xudat), ale 50 km przejeżdżam busikami za łącznie coś około 3-4 zł.

Chwilę przed zapadnięciem zmroku docieram do hotelu składającego się z kilku pawilonów w ogrodzie porośniętym bujną śródziemnomorską roślinnością. Właścicielem tego przybytku jest emerytowany funkcjonariusz wydziału kryminalnego. Patrząc na jego zwalistą postać i aparycję szeryfa z Dzikiego Zachodu oraz dłonie jak bochny chleba domyślam się, że wie jak poprowadzić udane i skuteczne przesłuchanie 😉

Kaspijskie wybrzeże mam po drugiej stronie ulicy, kilkadziesiąt metrów od hotelu. Wiatr niezbyt mocny to i fala niewysoka. Jest już po sezonie, więc knajpy i sklepy pozamykane, za wyjątkiem jednego, takiego wodopoju dla lokalsów, przed którym zatacza się kilku zapijaczonych, ale niegroźnych tutejszych młodzieńców.

Nabran jest najbardziej na północ wysuniętym miejscem Azerbejdżanu, zaledwie kilka kilometrów dalej znajduje się granica Federacji Rosyjskiej, a dokładnie Republiki Dagestanu.

Tutejszego wybrzeża nie nazwałbym plażą. Jakaś szarobura ziemia, nie mająca nic wspólnego z piaskiem. Ogólne dziadostwo i malaria. Stosy śmieci, połamane coś, co kiedyś było ławkami lub leżakami, jakieś zardzewiałe beczki, rury. Dramat. Pustki. Na „plaży” ani żywej duszy, ale to akurat mi nie przeszkadza. Cóż, wygląda na to, że jedyna rozrywka w tym miejscu to spacery wzdłuż wybrzeża. Dobre i to.

Wieczór, choć niezbyt ciepły, jest dość przyjemny. Słychać szum Morza Kaspijskiego  i świerszcze, a nie tak jak dotąd wycie z meczetu i ujadanie psów. Oby tak dalej!

Rano ponownie melduję się na plaży. Nad brzegiem morza więcej zwierząt niż turystów. Kilka krów i otaczających je wesoło szczekających kundli. Stada kruków, mew i tłustych albatrosów. Cała ta menażeria zostawia po sobie ślady, więc muszę lawirować po czarnoziemie, żeby nie wdepnąć w krowią, psią lub albatrosią niespodziankę. Albo „tulipana” po tanim winie. Lipa na całej linii. Ale za to ładne muszelki w kolorach brązowym i pomarańczowym.

Stoi kilka drewniano – bambusowych chatek. Anektuję jedną z nich.

Rozciągam się na deskach, wsłuchuję w szum morza i zamykam oczy, by nie widzieć tego całego obrazu nędzy i rozpaczy. Niestety, nosa zamknąć nie mogę, a przydałoby się.

Długo tam nie wytrzymuję. Ruszam w głąb zabudowań. Od razu lepiej. Stare kolorowe domki w pastelowych barwach, porośnięte winoroślą, ogródki pełne barwnych kwiatów, gąszcz śródziemnomorskiej roślinności.

Miejscowi radzą mi przechadzkę do pobliskiego lasu. Bardzo tam ładnie. Stare drzewa z pniami pokrytymi mchem i hubami, cicho, czysto i spokojnie. Brak tylko ławeczki, ale skutecznie zastępuje ją zwalony pień.

Po krótkim napawaniu się zielenią nad strumykiem ponownie jestem na ulicy. Jeden z miejscowych zaprasza mnie na herbatę do ogródka swojego pensjonatu. Widać, że mu się nudzi i nie ma z kim pogadać. Rozmawiamy więc długo przy ciągle dolewanej herbacie.

Rano budzę się bez żadnego pomysłu na resztę dnia. Plaża to jedyna atrakcja w tej okolicy, ale mam w nosie takie przygody. Podejmuję więc decyzję o wcześniejszym od planowanego opuszczeniu wybrzeża Morza Kaspijskiego i kieruję się w stronę stołecznego Baku, zwanego Miastem Światła.

– Gdzie się pchasz z tym bagażem? Nie widzisz, że nie ma miejsca?

Tymi słowami powitał mnie kierowca na dworcu autobusowym, z którego kierowałem się do Baku.

-Poczekaj chwilę, zaraz przyjedzie większy autobus, zabierze cię.

Ale zależało mi na czasie, chciałem dostać się do stolicy przed zapadnięciem ciemności, więc nie miałem ochoty czekać na kolejny autobus. Ładuję przeto graty do busika, nie zważając na upierdliwego szofera. Zobaczył, że nie mam zamiaru ustąpić i jednak znalazł miejsce dla mojego plecaka.

NOCNE ŻYCIE BAKU.

Na Międzynarodowym Dworcu Autobusowym w stolicy Azerbejdżanu toaleta była nieczynna, więc pasażerowie przechodzili przez dziurę w płocie na teren placu budowy i tam załatwiali większe i mniejsze potrzeby. Nolens volens musiałem iść w ich ślady.

Następnie kupiłem w automacie bilet wieloprzejazdowy

i znalazłem się w czeluściach fioletowej linii metra. Potem kilka przystanków zieloną, przesiadka na czerwoną i jestem w centrum.

Jak to w Postsowietach bywa, metro jest na pełnym wypasie. (link:  http://www.metro.gov.az/en/ ). Nowoczesne, zadbane, czyste. Żadnych typów, ani żebraków. Porządek, świetna organizacja i punktualność. I śmiesznie niskie ceny.

Kieruję się w stronę hostelu. Pukam do żelaznej, ciężkiej bramy w pięknej kamienicy. Nic. Raz, drugi, osiemnasty. Żadnych ruchów. Wciskam jakieś guziczki na domofonie. Pat. W końcu otwiera mi jakiś gość wracający z zakupów i pokazuje, że mam iść na czwarte piętro.

Wchodzę do przedsionka noclegowni prowadzonej przez Pakistańczyków z Lahore  w stanie Pendżab. Jeden jest sympatyczny, drugi średnio, trzeci wcale. Siedzą w brudnych podkoszulkach przy brudnych stołach i brudnymi łapami jedzą ryż z brudnych talerzy. W brudnym pokoju brudne łóżko z brudną pościelą. O łazience i kuchni nawet nie chce mi się pisać.

Kserują mój paszport i wizę. Mam nadzieję, że nie zaciągną na mnie kredytu gdzieś w Karachi albo Islamabadzie. Ani w innym miejscu. Wybrałem ten hostel z uwagi na niską cenę i dogodną lokalizację, ale od jutra przeprowadzam się do dwupokojowego mieszkania, wynajętego za pośrednictwem serwisu AirBnB. Jedną noc jakoś przeżyję w tym pakistańskim przybytku. Aha, gniazdka też mają pakistańskie. Całe szczęście, że zabrałem przejściówkę.

Nad Baku górują trzy wielkie biurowce w kształcie płomieni z elewacjami pokrytymi tysiącami diod LED. Po zmroku są tam wyświetlane różne kolorowe animacje. Wieże stają się płomieniami, by po chwili zmienić się w łopoczącą flagę narodową itd. Piękny obraz, widoczny z daleka.

Wychodzę na rozświetlone ulice centrum Baku. Lata świetlne w stosunku do tego, co widziałem do tej pory w Azerbejdżanie. Widać tu przepych i luksus napędzany petrodolarami. Drogie auta, restauracje, sklepy topowych projektantów mody i producentów biżuterii, zegarków, kosmetyków, obuwia i czego dusza zapragnie. W tej scenerii w wysłużonych sandałach i koszulce za 19.99 zł wyglądam jak ubogi krewny z prowincji. Ale co tam, nie przyjechałem tu na lans.

Na reprezentacyjnej ulicy Nizami turyści arabscy, indyjscy i pakistańscy. Kobiety w burkach, hidżabach i kolorowych sari. Dużo Rosjan, trochę Europejczyków. Jakaś pani w wieku przedemerytalnym posyła mi buziaka, puszcza oczko i słodkim (w jej mniemaniu) głosem mówi „hielouuu”. Parskam śmiechem i odchodzę. Siadam na ławce przy fontannie. Dokoła przechadzają się wyzywająco ubrane damy, za którymi ciągną się sznureczki Arabów i Hindusów bez żadnej krępacji robiących im zdjęcia i kręcących filmy. Podchodzi kolejna córa Koryntu. Bez ogródek mówi:

– Patrz, jaka jestem piękna. Dwieście dolarów!

I wręcza mi karteczkę z numerem telefonu. Dochodzę do wniosku, że chyba trafiłem  w niewłaściwe miejsce i postanawiam wrócić do hostelu. Chyba dość na dziś uroków nocnego życia Baku.

WULKANY BŁOTNE GOBUSTANU.

Rozważam zrezygnowanie ze śniadania w pakistańskiej noclegowni, bo nie chcę kłopotów żołądkowych, by w pełni sił udać się na podbój kilku interesujących miejsc.

Wkurzający jest ten łebek z hostelowej recepcji. Wiecznie obrażony, zajęty graniem na komputerze, na wszystkie pytania reaguje wzruszeniem ramion.

W cenie pokoju mam śniadanie. Proszę o podanie.

-Śniadania nie będzie.

-Jest w cenie rezerwacji.

Myśli, myśli….

– Będzie za trzy godziny.

-Młodzieńcze, za trzy godziny będę daleko stąd, więc zagęść ruchy, bo nie mam czasu.

W końcu idzie do sklepu i przynosi jakiś chleb i twarożek. Ruchy ma jak mucha w smole. Ponadto „zapomniał” wydać mi resztę i próbował naciąć portal rezerwacyjny twierdząc, że nie stawiłem się w hotelu. Chciał w ten sposób uniknąć płacenia prowizji dla pośrednika, ale sprawa się rypła.

Wyruszam autobusem kilkadziesiąt km na południe od Baku, by zwiedzić unikalną atrakcję, zespół wulkanów błotnych. Jest to jedno z nielicznych takich miejsc na świecie, występuje tylko na terenach bogatych w ropę i gaz. Oprócz Azerbejdżanu można spotkać takie cudo podobno jeszcze tylko w Rumunii, ale na o wiele mniejszą skalę.

Wysiadam w miejscowości Gobustan. Wulkany znajdują się kilka km od głównej drogi i nie dojeżdża tam transport publiczny, więc trzeba targować się z taksówkarzami. Do wyboru Łady i Mercedesy. Cena wywoławcza 30, zbijam do 10.

Krajobraz księżycowy. Szaro, sucho, bez jakichkolwiek śladów roślinności. Wszędzie zastygłe błoto i plamy ropy. Dojeżdżamy do kilkunastu szarych stożków różnej wysokości. Z ich głębi wydostają się gazy i powodują bulgotanie błota. Obok małe jeziorko, z dna którego również unoszą się bąbelki.

OGIEŃ I SÓL.

Kolejny cel to słone jezioro Masazir na północ od Baku. Na brzegu kombinat wydobywający sól na skalę przemysłową. Wielkie, kilkunastometrowe usypiska soli, na które wjeżdżają Ziły i Kamazy. Koparki ładują biały proszek na ich paki.

Robię zdjęcia. Wtem podjeżdża terenowa Toyota. Wyskakuje jakiś kafar (z wąsami, można być tu tylko z jego pozwoleniami) i każe mi wykasować fotki, bo to zakład o znaczeniu strategicznym i nie wolno pstrykać. Okazuje się, że to kierownik ochrony. Pokazuję mu, że kasuję zdjęcia. Oczywiście nie wszystkie. Odjeżdża uspokojony, więc mogę ruszać dalej, do następnej atrakcji.

Jest nią płonąca skała Yanardag. Podobnie jak w przypadku wulkanów błotnych mamy do czynienia z gazami wydobywającymi się spod ziemi. Kiedyś ktoś te gazy podpalił, a może same się zapaliły i tak zostało.

Ze skalnych szczelin wydobywają się płomienie 365 dni w roku, 24 h na dobę. Muszą czadowo wyglądać w nocy.

Przemierzając okolice Baku trafiamy na pole, gdzie wydobywa się ropę. Szyby, instalacje, pompy itd. Gdzieś tu powstał odcinek Jamesa Bonda, bodajże „Świat to za mało”.

Ostatnia dzisiejsza atrakcja to świątynia ognia Ateshgah. Na terenie otoczonym grubym kamiennym murem widzimy niewielki obiekt, w którego centralnej części, na czymś  w rodzaju ołtarza, płonie Wieczny Ogień.

Z głośników słychać klimatyczną wschodnią muzykę, na ścianach tajemnicze inskrypcje w zapomnianych językach rodem gdzieś z półwyspu Dekan. W małej celi obok rzeźba hinduskiego boga Sziwy, rzucająca cień na ścianę. Wśród odwiedzających dominują turyści z Indii. Trochę dużo tego ognia jak na jeden dzień. Nie bez powodu Azerbejdżan nazywany jest Krainą Ognia.

Wieczorem przeprowadzam się. Bez żalu opuszczam noclegownię prowadzoną przez Pakistańczyków i melduję się w eleganckim, sterylnie czystym, świetnie wyposażonym i wygodnie położonym (obok dworca kolejowego i stacji metra 28 Maja, skąd można wszędzie dojechać) wynajętym mieszkaniu. Jest pralka, lodówka, wi fi, mikrofala, TV SAT  z setkami programów i balkon z widokiem na miasto. Cena niewiele wyższa niż hostele  w Baku, ale za to jaka wygoda!

STOLICA.

No, okolice Baku zwiedzone za jednym zamachem, teraz trzeba poświęcić trochę uwagi samemu miastu.

Przy wejściu na stację metra znudzony policjant udaje, że bada mój plecak wykrywaczem metalu. Oczywiście przez pomyłkę pojechałem w przeciwną stronę, ale szybko naprawiłem błąd.

Jestem na Starym Mieście. Niewielkie, ale klimatyczne. Perfekcyjnie odnowione domy z żółtego kamienia, porośnięte winoroślą.

Wąskie, kręte, cieniste uliczki, nad którymi górują trzy nowoczesne Ogniste Wieże, błyszczące w słońcu.

Centralny punkt bakijskiej starówki to wieża obronna Iceriseher, z której rozciąga się widok na miasto.

 

Kieruję się na nabrzeże, gdzie powiewa flaga na jednym z najwyższych na świecie masztów.

Obok tzw. Mała Wenecja, czyli sadzawka z mostkami, po której pływają na łodziach pary młode.

W pobliżu Muzeum Dywanów, nowoczesny obiekt, którego bryła przypomina częściowo rozwinięty dywan.

W środku eksponaty na kilku poziomach, można się pomiędzy nimi poruszać oszkloną windą lub schodami ruchomymi. Niestety, aparat muszę zdeponować w szafce, czego bardzo żałuję, bo kolekcja robi KOLOSALNE wrażenie! Dywany stare i nowe, ręcznie tkane, z Azerbejdżanu, Iranu i innych krajów. Przedstawiają wzory geometryczne, roślinne, wizerunki postaci historycznych, sceny z życia kaukaskich górali, krajobrazy, a jeden z nich – pewnie najnowszy – pokazuje olbrzymią platformę wiertniczą na Morzu Kaspijskim, z której wydobywają się słupy ognia. Kolorystyka niesamowita! Najbardziej podobał mi się ten z karawaną wielbłądów przemierzających Jedwabny Szlak w promieniach zachodzącego słońca. Duże wrażenie robiły też te z wzorami geometrycznymi przypominającymi buddyjskie mandale i rysunki z płaskowyżu Nazca w Peru.

Zapas manatów trochę stopniał, idę więc do banku wymienić walutę. Z któregoś z poprzednich wyjazdów zostało mi trochę lir tureckich i chcę je opchnąć w pierwszej kolejności w związku z szybką dewaluacją tej jednostki monetarnej, ale bez powodzenia. Nie chcą przyjąć. Prawdopodobnie z tej samej przyczyny. Po co komu pieniądze tracące na wartości z dnia na dzień….?

Wspinam się po setkach schodów na wzgórze. Gorąco jak diabli. Na szczycie płoną znicze na setkach nagrobków żołnierzy poległych w wojnie z Armenią o Górski Karabach na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. To największy konflikt w krajach rozpadającego się wówczas Związku Sowieckiego, tlący się do dziś, podsycany przez różne ciemne siły, dostarczające uzbrojenia obu stronom.

Tuż obok cmentarza znajduje się nowoczesny symbol Baku, czyli wzmiankowane wcześniej trzy Ogniste Wieże, wysokie apartamentowco – biurowce w kształcie gorejących płomieni. Niestety, nie można się dostać na ich szczyt. Żadnego tarasu widokowego, knajpy na wysokościach, tylko prywatne pomieszczenia i biura. Na samym dole salony samochodowe marek słynących z wysokich cen swoich produktów.

Skoro nie udało się spojrzeć na Baku z Płomiennych Wież, to może uda się z wieży telewizyjnej, o wiele wyższej?

Po drodze do tego obiektu mijam komendę policji z gablotą ze zdjęciami poszukiwanych przestępców.

Wieża telewizyjna dysponuje obrotową restauracją  z widokiem na miasto, okolice i Morze Kaspijskie. Można się tam dostać po wykupieniu bonu, do wykorzystania w restauracji. Czyli konsumpcja obowiązkowa. Pewnie biją się o Złotą Patelnię 😉 Wykorzystuję kartkę żywnościową na późny obiad na wysokości 27 piętra. Do domu wracam taksówką Ubera. Za równowartość 5 zł przemierzam pół miasta. Nic tylko korzystać z tych przyjaznych dla kieszeni cen.

Baku jest super! Czuję, że zaprzyjaźniłem się z tym miastem. Ale jutro opuszczę je na większą część dnia, by odwiedzić północno – wschodnie rubieże Półwyspu Abszerońskiego, gdzie planuję odwiedzić …. ale nie uprzedzajmy faktów.

CENTRUM KULTURY.

Nieżyjący od lat Heydar Aliyev, sprawujący przez lata funkcję prezydenta, wciąż cieszy się w Azerbejdżanie wielkim szacunkiem. Jego imieniem nazwano place, ulice, aleje, szkoły, parki, a nawet stołeczne lotnisko. Obecnie urząd prezydenta piastuje jego syn tj. Ilham Aliyev. Na cześć Heydara Aliyeva w Baku powstało centrum kultury, nazwane jego imieniem. Biała, nieregularna bryła o dziwnych kształtach, odznaczająca się tym, że nie ma  w niej ani jednego kąta prostego. Wszystko jest obłe, okrągłe, półokrągłe, owalne.

We wnętrzu kolekcja kolorowych lalek teatralnych, pięknych kobiecych strojów, makiet przedstawiających najciekawsze obiekty Baku, knajpa, sklep z pamiątkami i kolekcją samochodów z różnych okresów życia prezydenta. Chłodno, bardzo czysto i nowocześnie. Obiekt jest olbrzymi. Coś w rodzaju wielkiej, kilkupoziomowej galerii handlowej.

Jest też wystawa multimedialna o życiu Heydara. Heydar przychodzi na świat w Górskim Karabachu. Kończy szkołę, działa w organizacji młodzieżowej. Studiuje. Potem kariera w partii i służbach. Prezydentura. Spotkania z przywódcami innych państw. Kolejna kadencja. Heydar wręcza medal. Heydar otrzymuje medal. Występuje na forum międzynarodowym. Otwiera kolejne obiekty. Podpisuje milionowe kontrakty na dostawy ropy z Azerbejdżanu. Heydar w mundurze i garniturze. Heydar z rodziną, z góralami, z rolnikami i robotnikami.

Ciekawie prezentuje się kolekcja kilku aut, wśród których moim zdaniem, prym wiedzie Czajka. Naprawdę konkretna limuzyna, coś jak amerykańskie krążowniki szos.

Siadam na chwilę w dizajnerskiej kawiarni w Centrum im. Aliyeva. Oczywiście bez żadnych kątów prostych. Podłogi budynku przechodzą w ściany delikatnym łukiem, ściany w ten sam sposób łączą się z sufitem. Obiekt jest naprawdę spory i jego zwiedzanie (zresztą bardzo interesujące) pochłania więcej czasu niż planowałem, ale czas najwyższy ruszać w dalszą drogę.

REMONT, KTÓREGO NIE BYŁO.

Po zgłębieniu biografii Heydara Aliyeva w centrum jego imienia ruszam na północ od Baku, w kierunku wybrzeża kaspijskiego. Ze stacji metra Koroglu dojeżdżam autobusem do mieściny Nardaran, w której znajduje się piękny meczet ulokowany niedaleko wybrzeża.

Przy bramie patrol. Sierżant i dwaj szeregowi w polowych, zielonych mundurach i z kałachami.

– Można wejść i obejrzeć meczet?

-Nie. Trwa remont.

– A zdjęcie można zrobić? Choćby z zewnątrz?

– Nie.

Coś mi tu śmierdzi. Żadnych śladów remontu. Maszyn budowlanych, rusztowań, robotników, nic. I od kiedy zbrojni w długą broń wojownicy pilnują robót budowlanych??? Pic na wodę! Ktoś tu ściemnia. Tłumaczę, że tłukłem się z Baku prawie godzinę, żeby obejrzeć meczet, a tu takie buty.

– Poczekaj. Skąd jesteś?

Dzwoni do naczalstwa, że turysta z Polszy itd. Naczalstwo nie wyraża zgody.

– Dlaczego mnie nie wpuścicie? Przecież tu nie ma żadnego remontu. O co chodzi?

– Wiesz, są problemy…

– Jakiego typu?

Uśmiechają się tylko tajemniczo. Tajemnica służbowa pewnie. Niewiele później dowiedziałem się od miejscowych, że niedawno meczet stał się centrum jakichś wystąpień antyrządowych. Nie wiem na jakim tle. Politycznych, religijnych? Od tej pory mają go na oku i bardzo pilnują.

Ruszam do kolejnego celu, zamku w miejscowości Mardakan. Zaniedbany, omijany przez turystów, więc jestem tu jedynym zwiedzającym za „co łaska” dla dziadka dysponującego kluczem do bramy. Wieża otoczona grubymi murami. Wspinam się w całkowitej ciemności po wysokich, stromych, spiralnie zakręconych schodach.

Ze szczytu widok na morze i białą latarnię morską w oddali. Postanawiam ją zwiedzić. Całuję klamkę. Nie wpuszczają, bo mieści się tu jakiś instytut badawczy, a może nie chciało im się użerać z turystą.

KOLOROWY MECZET.

Wracam w stronę Baku. Obok przystanku szyicki meczet, kolorowy i bogato zdobiony. W środku mozaika z tysięcy małych lustrzanych kafelków, a na zewnątrz barwne wzory w kolorach zielonym i niebieskim. Zdejmuję buty i umieszczam w szafce. Chodzę po kolorowym dywanie. Ściany świątyni odbijają światło żyrandoli i iskrzą się wesoło. Nade mną kopuła, również wyłożona małymi lusterkami.

Wieczorem sesja fotograficzna Ognistych Wież. Zmieniają kolory co chwilę. Raz są płonącymi ogniami, raz powiewającą flagą Azerbejdżanu, za chwilę animacja czyni z wież wodospad, a diody LED migają naśladując lecącą z góry wodę. Ostatnia nocna przechadzka po Baku. Rano lecę z lotniska im. Heydara Aliyeva do Tbilisi, skąd wracam do Polski.

Dojazd na lotnisko w Baku zapewnia czerwony AeroExpress  ze stacji metra 28 Maja ( https://www.aeroexpress.az/ ). Autobusy jeżdżą co pół godziny, za przejazd płaci się kartą BakiKart, czyli plastikowym biletem wieloprzejazdowym, który jest najlepszym rozwiązaniem, jeśli planujemy poruszać się po mieście metrem i autobusami. Do nabycia na stacjach metra, można go doładować w terminalu.

PONOWNIE W GRUZJI.

W Gruzji spędzam tylko jeden dzień, który poświęcam zwiedzeniu Mcchety z jej prastarymi świątyniami. Dojazd marszrutką z dworca Didube w północnej części miasta. Nie wierzcie taksówkarzom, którzy próbują wmówić, że do Mcchety można dostać się tylko taksówką. Wystarczy kupić bilet w kasie i po około pół godziny jesteśmy na miejscu.

Mccheta bardzo zmieniła się od mojego poprzedniego pobytu w 2007 roku.. Powstało mnóstwo obiektów nastawionych na turystów. Od noclegów poprzez restauracje po dziesiątki sklepów z pamiątkami.

Zwiedzam monaster Sveti Cchoveli w centrum i Jvari, położony na wzgórzu za miastem. Dojazd tylko taksówką, dlatego dobrze znaleźć innych turystów jadących w tym kierunku, co nie powinno stanowić najmniejszego problemu. Ja swoich towarzyszy podróży namierzyłem już  w busie do Mcchety.

ODDAWAJ BAGAŻ, ŁOBUZIE!

Wracam do stolicy Gruzji i loguję się w hotelu. Późną nocą zamawiam taksówkę na dworzec kolejowy skąd kursują autobusy na lotnisko. Umieszczam plecak na tylnym siedzeniu samochodu, zamykam drzwi i chcę obejść auto, by wsiąść z drugiej strony. W tym momencie taksówkarz rusza i po kilku sekundach niknie w ciemnej uliczce. Biegnę za nim, krzyczę – na próżno.

Pomyłka czy kradzież? Idę do hotelu, recepcjonistka dzwoni do firmy taksówkowej, a po chwili nieuważny taksówkarz wraca po mnie. Zawstydzony? Skądże, jeszcze ma jakieś pretensje do mnie. Ćwok… Z dworca kolejowego już bez przeszkód dojeżdżam na lotnisko.

Dwa tygodnie minęły bardzo szybko. Cieszę się, że wybrałem Azerbejdżan jako cel podróży. Kraj nadal nie jest oblężony turystami, co przekłada się na wciąż przystępne ceny np. w stosunku do sąsiedniej Gruzji, gdzie miejscowi już nauczyli się jak zarabiać na przyjezdnych. Komunikacja działa bez zarzutów, baza noclegowa przyzwoita.

Kraj spokojny, przyjazny i bezpieczny (z wyjątkiem ruchliwych ulic Baku – tam łatwo zginąć podczas przechodzenia przez ulicę, trzeba bardzo uważać). Ludzie mili i gościnni, chętnie pomogą, doradzą, a nawet zaproszą na herbatę.

Śmiało mogę polecić Baku pełne atrakcji, wraz  z okolicznymi ciekawostkami jak wulkany błotne Gobustanu i świątynią ognia Ateshgah. Bardzo podobało mi się w górskich wioskach Lahic i Xinaliq z pięknymi kaukaskimi krajobrazami oraz w zabytkowym Szeki. Natomiast nie polecam zaniedbanego pseudokurortu Nabran z brudną plażą.

Azerowie nie próbowali mnie naciągać (na co jestem uczulony po Sri Lance i Etiopii, gdzie jest to na porządku dziennym i nocnym), turystę traktują jak gościa, a nie żywy bankomat czy chodzącą kasę zapomogową. No, może czasem trzeba trochę potargować się z chciwymi taksówkarzami, ale to zjawisko występuje wszędzie na świecie.

Zatem rozważcie Azerbejdżan jak kolejny kierunek wakacyjny i napiszcie jak było!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *