Zmiana flory bakteryjnej, klimatu, pożywienia i nieortodoksyjne podejście do higieny w niektórych krajach, skrajne temperatury, robactwo – oto niebezpieczeństwa zdrowotne czyhające podczas podróży.

Niestety, wielokrotnie dopadły mnie lub moich towarzyszy różnorakie dolegliwości, które skutkowały koniecznością czasowego przerwania podróży i podjęcia terapii. Poniżej kilka przykładów przerobionych na własnej skórze.

Indie, Agra. Chyba zjadłem coś nieświeżego, a może to był wirus. Całonocne rozwolnienie z siłą wodospadu. Kilka razy nie zdążyłem do WC. Przepraszam, że piszę o takich szczegółach, ale chcę żebyście mieli świadomość, że azjatyckie czy afrykańskie zatrucia przebiegają znacznie ostrzej niż te znane u nas.

Nazajutrz dołączyły torsje. Z tego powodu musiałem znaleźć krzaczek w ogrodach Taj Mahal, za który wchodziłem w wiadomym celu. Efektem zatrucia i towarzyszących „atrakcji” było odwodnienie i osłabienie, które na szczęście minęło po kilku dniach. Przegłodziłem się, dużo piłem i jakoś się pozbierałem.

Indie, Kalkuta. Wstałem jakiś nieswój, bez ochoty do życia i bez apetytu. Czuję, że coś nie gra, więc wracam do hotelu, by trochę zebrać siły. Po krótkim czasie nie mogę oddychać, przy każdym ruchu klatki piersiowej następują jakieś kurcze czy bóle. Widzę, że to nie przelewki. Jadę taksówką do szpitala. Gdy zobaczyłem panujące tam warunki załamałem się. Toalety dworcowe są u nas czystsze niż tamtejsze obiekty służby zdrowia. Żadnych strzykawek ani igieł jednorazowych, tylko takie gotowane w metalowym pudełku. Dramat….Ale co robić?

Lekarz stwierdził, że to odwodnienie i dwa zastrzyki (kupionymi w aptece strzykawkami jednorazowymi) załatwiły sprawę i po godzinie poczułem się lepiej. Zalecenie pić, pić i jeszcze raz pić. Nie tylko wodę, ale także soki. I uzupełniać minerały np. soląc potrawy.

Pociąg Erewań – Tbilisi. Znowu jakieś zatrucie. Całą drogę spędzam w WC. Leje się ze mnie dołem i górą. I na dodatek krwotok z nosa. Kumulacja… Tyłek na klozecie, gęba w umywalce i jedziemy 🙂

Jak w innych takich przypadkach: głodówka i dużo picia są nieodzowne. I koniecznie węgiel. Za dwa dni było po wszystkim.

Filipiny, wielkopiątkowe ukrzyżowania. Po kilku godzinach w tłoku, hałasie i na upale czuję, że nogi mam jak z waty, kolana miękną, ruchy stają się wolne i nieprecyzyjne. Słabnie fonia i wizja. Robię się jakiś przymulony. Na szczęście miałem jeszcze na tyle sił, by usiąść w cieniu, wypić kilka butelek zimnej wody, a jedną wylać na głowę. Dobrze, że zrobiłem to w miarę szybko. Z hipertermią nie ma żartów. W skrajnych przypadkach za sprawą tej dolegliwości można zapukać do nieba bram.

Gdzieś w Iranie. W nocnym autobusie niedomknięte okna. Wieje przez całą podróż. Nazajutrz objawy zwykłego przeziębienia, więc ratuję się jakimiś tabletkami z reklam, w nadziei, że „samo przyszło, samo przejdzie”. Choróbsko rozwija się błyskawicznie. Do Polski wróciłem z jednoczesnym zapalaniem gardła, uszu, zatok i spojówek. Myślałem, że zdechnę. Dwie serie antybiotyków nie dały rady, dopiero trzecia w zastrzykach pomogła. Do tego przyjmując te leki nie mogłem przez miesiąc jeździć samochodem. Ufff….

Albania. Gorąco, sucho, mnóstwo kurzu. Coś z oczami. Zaczerwieniły się i pieką tak, że nie mogę podnieść powiek. Idę do apteki. Bariera językowa. W końcu rozsuwam powieki palcami i mówię do pani magister : Look, fire in my eyes 🙂 Nic innego nie przyszło mi wtedy do głowy 🙂 Na szczęście zrozumiała i sprzedała odpowiednie krople. Od tego czasu zawsze wożę z sobą taki specyfik i Wam też radzę, bo nie zawsze będzie apteka w pobliżu.

Rumunia, Delta Dunaju. Rok z rekordowym wysypem komarów, którym sprzyjał podmokły teren. Śpimy w busie. Wprawdzie okna chroni moskitiera, ale te latające dranie dają sobie z nią radę. Są ich tysiące. Rano jesteśmy pokąsani w setkach miejsc. Nie przesadzam. Kończy się na wizycie w aptece i smarowaniem obolałych miejsc jakimś specyfikiem do końca wyjazdu.

Z tymi komarami to poważniejsza sprawa. To, że pogryzą to najmniejszy problem. Poboli i przestanie. Jednak w tropikach przenoszą takie choroby jak żółta febra, malaria, denga i inne. Na malarię i dengę nie ma szczepionek póki co, są tylko leki „po”, podobno skuteczne przy wczesnym wdrożeniu terapii. Natomiast na żółtą febrę można się zaszczepić w Sanepidzie. Tak też uczyniłem przed wyjazdem do Senegalu.

W dniu szczepienia i w kolejnym wszystko było OK, ale później pojawiły się skutki uboczne: gorączka, bóle mięśni i osłabienie. Organizm walczył z intruzem. Walka trwała trzy dni, przez które byłem całkiem wyłączony z normalnego funkcjonowania. Potem wszystko wróciło do normy i mam spokój na 10 lat – przez tyle działa szczepionka. Kosztuje około 150 – 200 zł o ile dobrze pamiętam. Pamiętać należy, aby odnotować szczepienie w „żółtej książeczce”. Jest to wymagane przy wjeździe do niektórych krajów. A tam gdzie nie jest to wymagane można spotkać się z próbami wymuszenia pieniędzy od nieuczciwych pograniczników, którzy będę Cię przekonywać, że jednak jest obowiązek szczepienia na żółtą febrę.

Tadżykistan, Pamir Highway. W miarę wspinania się w wyższe partie gór przychodziło osłabienie, rozdrażnienie, brak apetytu, senność. W ten sposób dawała znać o sobie choroba wysokościowa. Aby jej uniknąć należy przeprowadzić aklimatyzację. Ale jeśli już zapadliśmy na tę dolegliwość unikajmy alkoholu i ciężkostrawnych potraw. Powinno być OK. W moim przypadku objawy ustąpiły wraz ze spadkiem wysokości.

Inne drobniejsze urazy, o które nietrudno w podróży to skręcenia stawu skokowego. Nie dlatego, że takie ślimoki z nas, ale dlatego, że azjatyckie czy afrykańskie ulice nie zawsze są oświetlone i prawie zawsze nierówne, więc łatwo skręcić kostkę czy rozwalić nos gdy ktoś jest przyzwyczajony do chodzenia po normalnych chodnikach. W takich miejscach niezłym pomysłem jest latarka.

Zatem jeszcze raz, drodzy pacjenci: myć ręce i owoce przed jedzeniem, dużo pić, nie wystawiać się na słońce więcej niż to potrzebne, chronić się przed upałem i nadmiarem światła za pomocą czapki/kapelusza/chusty, pilnować by do oczu nie dostały się ciała obce czy kurz, stosować moskitiery i odstraszacze komarów. Skompletujcie apteczkę do której wrzućcie coś na zatrucia np. węgiel, krople do oczu, środki przeciwbólowe, opatrunek, maść przeciwzapalną/przeciwbólową, coś na pogryzienia, oparzenia, skaleczenia, wapno. Ja takie pudełeczko zawsze mam w plecaku. Wprawdzie mało z niego korzystam i niech tak zostanie, ale może dojść do sytuacji, że będzie na szybko potrzebny jakiś lek, a apteki nie będzie. Czego nikomu nie życzę.

A Wy jakie mieliście przygody zdrowotne? Jakie rady zdrowotne możecie dać innym podróżującym?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *