KURDYSTAN – CZĘŚĆ II -RELACJA Z WYPRAWY.

RELACJA Z IRACKIEGO KURDYSTANU, MAJ 2019.

 

Na początek miła niespodzianka. Do Turcji leciałem szerokokadłubowym samolotem o konfiguracji miejsc 2-4-2, prawie pustym, więc do woli można było wybierać miejsce w zależności od krajobrazów widocznych za oknem. Po raz pierwszy znalazłem się na niedawno otwartym lotnisku w Stambule.

Mości państwo, robi wrażenie ogromem, nowoczesnością, wystrojem, funkcjonalnością. Świetne oznaczenie nie pozwala się zgubić. Zupełnie inaczej niż np. w Pekinie, gdzie dłuższą chwilę zajęło mi połapanie się o co chodzi i czułem się zdezorientowany. Ale to już inna historia.

Stambulskie lotnisko to największy obiekt tego typu w tej części świata, z docelową liczbą stu milionów obsługiwanych pasażerów rocznie.

 

 

Turcja przywitała mnie fatalną pogodą: burza i ulewa, ale na szczęście przeczekałem je w autobusie do miasta.

 

 

Zostawiam graty w noclegowni i ruszam w kierunku Wielkiego Bazaru. Czasu nie mam zbyt wiele, więc postanawiam odpuścić takie zabytki, jak Hagia Sofia czy Błękitny Meczet, obejrzę je w drodze powrotnej.

Od poprzedniej wizyty w Wielkim Bazarze trochę się zmieniło. Większa komercja, tłumy turystów. Do tego hałas, upał i duchota. Ale widoki wciąż z górnej półki. Kolorowe tkaniny, ceramika, piękne lampiony, dywany, sklepy jubilerskie błyszczące złotem, góry barwnych słodyczy.

 

 

Po odwiedzeniu bazaru kieruję się w spokojniejsze miejsce, bliżej przyrody, czyli na morskie wybrzeże. Obserwuję pogranicze Europy i Azji, w tym most łączący oba kontynenty. Tam zastaje mnie noc.

 

 

Jeszcze krótka wizyta w herbaciarni z dala od zgiełku i tłumu turystów i pora wracać do bazy.

Nazajutrz ponownie melduję się na stambulskim lotnisku. Kontrola odbywa się już przy wejściu do terminala. Ochrona ujawnia w moim plecaku scyzoryk. Oglądają ze wszystkich stron jakby pierwszy raz widzieli takie cudo. Mówią, że „forbidden” i chcą zarekwirować. Dłuższą chwilę tłumaczę im, że nożyk poleci w bagażu nadawanym do luku, a nie w podręcznym.

Nie bardzo wiedzą o co chodzi (wychodzą braki w wyszkoleniu nowych pracowników w dopiero co uruchomionym obiekcie), ale grunt, że oddają scyzoryk. Jednak wpisują mnie na jakąś listę. Potencjalnych terrorystów?

Lecę do Sirnak, na południowo-wschodnich rubieżach Turcji, kilkadziesiąt kilometrów od granicy irackiej (a właściwie Kurdystanu).

 

 

Temperatura odczuwalnie wyższa niż w Stambule, różnica około 10 stopni.

Lotniskowy bus dowozi mnie do przygranicznej miejscowości Silopi. Po drodze obserwuję wijącą się rzekę Tygrys.

 

 

Widać, że są to rejony newralgiczne. Pełno uzbrojonego po zęby wojska, policji, posterunki umocnione zasiekami i workami z piaskiem. Po ulicach jeżdżą wozy opancerzone. Cóż, zarówno Irak jak i Syria za miedzą, więc dmuchają na zimne.

Łapię dzieloną taksówkę do przejścia granicznego na moście Ibrahim Khalil. Z dala widać stronę kurdyjską i powiewające flagi tego regionu (bo przecież nie kraju).

 

 

Taksówkarz przekazuje mnie kierowcy busa, małolata z którejś z przygranicznych miejscowości, regularnie kursującego przez granicę i zarabiającego na przewozie pasażerów pieszych w obie strony  i artykułów akcyzowych w jedną stronę.  Z Kurdystanu do Turcji. Bus stoi dłuższą chwilę i rusza dopiero, gdy wypełni się pasażerami.

Kierowca zbiera paszporty od wszystkich, wpisuje nazwiska na listę pasażerów i lata z nią do kilku okienek po jakieś pieczątki i podpisy. Najpierw kontrola turecka. Pogranicznik dziwi się na mój widok, bo turyści z Europy stanowią tu rzadkość. A jednocześnie mogą być podejrzani, bo wielu „nowych” obywateli UE to zradykalizowani członkowie różnych ugrupowań biorących udział  w działaniach wojennych na terenie Iraku i Syrii. Napłynęli oni do Europy z niedawną falą uchodźców i teraz wracają na stare śmieci, żeby sobie postrzelać. Dlatego w moim przypadku kontrola trwa dłużej niż innych osób. Seria pytań: skąd, po co, na jak długo, kogo zna w Kurdystanie, który raz jedzie, jaki zawód wykonuje itd. Wrzucają moje dane do komputera i w końcu puszczają. Orzekli, że nie jestem podejrzany i jadę dalej.

Tu mała dygresja. W drodze powrotnej spotkałem dwóch chłopaków z Francji, którym turecka straż graniczna szczegółowo przetrzepała graty i przejrzała zdjęcia w telefonach, kontakty itd. Ze mną obeszli się łaskawiej i w sumie bezproblemowo. Może Francuzów wzięli w obroty, bo to kraj bardziej narażony na terroryzm, z większą liczbą potencjalnie podejrzanych obywateli?

Kurdowie byli znacznie luźniejsi. Pobrali odcisk kciuka, zrobili fotkę do akt, dali jakąś karteczkę w okienku nr 1,

 

 

odebrali ją w okienku nr 2 i tam też wbili do paszportu bezpłatną wizę pozwalającą na trzydziestodniowy pobyt w Regionie Kurdystanu. Tak więc po czterech godzinach spędzonych na granicy wreszcie jestem w Kurdystanie!!! 🙂

 

 

Wraz z pasażerami busa, którym przekraczałem granicę pakuję się do taksówki, która za 3 dolary dowozi nas do przygranicznej miejscowości Zakho.

Tam – już po zmroku – znajdują mi hotel. Całkiem przyjemny. Niezła lokalizacja, klimatyzacja, wliczone śniadanie, darmowa herbata i woda, miła obsługa, wi-fi, lodówka i TV w pokoju.

 

 

Ruszam coś zjeść i wypić, kupuję lokalną kartę SIM. W związku z panującym Ramadanem dopiero po zmroku rusza gastronomia, wypełniają się restauracje i herbaciarnie. Siadam w jednej z nich. Przysiadają się lokalsi i chwilę gadamy. Regulują mój rachunek. Miły akcent na koniec pierwszego dnia pobytu w Kurdystanie 🙂

 

 

Nazajutrz wstaję w dobrym nastroju, wzmocnionym pysznym śniadaniem.

 

 

Ruszam w kierunku kamiennego, rzymskiego mostu Delal (znanego także jako Dalal) – głównej atrakcji miasteczka Zakho. W pobliżu legitymują mnie policjanci po cywilnemu. Okazuje się, że akurat w pobliżu przebywał burmistrz Zakho, wizytujący prace renowacyjne. Prowadzą mnie na audiencję. Ucinamy sobie miłą pogawędkę z panem burmistrzem, który deklaruje mi pomoc w razie potrzeby. No fajnie:-) Zaczyna mi się tu podobać 🙂

 

 

Dzień wcześniej, podczas długiego przekraczania granicy zagadał do mnie jakiś koleżka. Dał mi nr telefonu swojego brata, znającego dobrze angielski i powiedział, żebym się do niego odezwał. Więc się odzywam. Pyta gdzie jestem. Odpowiadam. Odpisuje, że za chwilę wyśle tam po mnie samochód z kierowcą. Ki diabeł? Kim jest, że może wysłać samochód z kierowcą? Zaczyna się robić ciekawie :-).

Po chwili podjeżdża pod hotel samochód z umundurowanym policjantem, który wiezie mnie do… komisariatu policji!

 

 

Okazuje się, że mój nowy znajomy jest komendantem tej placówki i wysłał po mnie jednego ze swoich podwładnych.

Siadamy w gabinecie komendanta i gadamy. Co chwilę wchodzą umundurowani policjanci, prężą się, strzelają obcasami, salutują szefowi, podają mu jakieś kwity do akceptacji i odmeldowują się. Komendant informuje zastępcę, że jedzie na kontrolę posterunków terenowych 😉 i zaprasza mnie do swojego auta. Zabiera mnie na wycieczkę w pobliskie góry i nad wodospad Sharanish.

 

 

Po drodze mijamy kilka posterunków. Komendant pyta obsadę, czy wszystko OK i jedziemy dalej. Spędzamy chwilę w sąsiedztwie wodospadu, zatrzymujemy się na robienie zdjęć nad urokliwym jeziorkiem i na kilku punktach widokowych. Z jednego z nich widać obóz uchodźców, którzy przybyli z innych części Iraku uciekając przed działaniami wojennymi.

 

 

W te okolice komunikacja publiczna nie jeździ, musiałbym wziąć taksówkę, a tak mam anglojęzycznego przewodnika, który zna teren i pozwala bezproblemowo przechodzić przez liczne  posterunki kontrolne 🙂 Zatrzymujemy się przy jednym z punktów, którego załogę stanowi kilku wąsatych dziadków w tradycyjnych strojach. Nie wyglądają jakoś groźnie, ale może to weterani walk, mający na koncie potyczki z niebezpiecznym przeciwnikiem? 😉 Obserwują pobliskie wzgórze, gdzie czai się wróg  i opowiadają o potyczkach z przeciwnikiem, w tym o nocnych wymianach ognia. Ostrzegają, żeby nie stawać na widoku, bo mogę stać się celem snajpera.

Jeden z wojaków okazuje się krewnym mojego przewodnika. Akurat kończy służbę, więc korzystając z okazji zabiera się z nami do Zakho. Jest bardzo szczęśliwy, że poznał turystę z Europy i zaprasza nas na kolację. Niestety, muszę odmówić, bo tego dnia mam jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do przebycia.

Komendant ma akurat wolne popołudnie i proponuje, że podwiezie mnie do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości Duhok.  Tak też się dzieje. Najpierw jedziemy zwiedzać tamę na przedmieściach Duhok.

Głód doskwiera, bo od śniadania minęły wieki, a tu Ramadan i gastronomia zamknięta. Jednak okazuje się, że można znaleźć

 

SPOSÓB NA POST

 

Niektóre bary i restauracje funkcjonują mimo Ramadanu. Owe „enklawy” można poznać po oknach szczelnie zasłoniętych płótnem.

 

 

W środku odbywa się normalna konsumpcja, ludzie piją napoje, palą papierosy, co w tym okresie w miejscach publicznych jest raczej niespotykane. Wchodzę więc za zasłony, by wreszcie coś przekąsić i napić się. Pierwszy raz w życiu jedząc obiad czuję się jakbym robił coś zakazanego 🙂

Potem El Comandante znajduje mi hotel i żegnamy się.

 

 

Spotkamy się w drodze powrotnej. Prosi by informować go o przebiegu pobytu w Kurdystanie i ewentualnych kłopotach.

Popołudnie spędzam snując się po Duhok, a wieczór przy herbatce na placu w pobliżu hotelu z widokiem na wzgórza.

 

 

Rano odnajduję parking pełniący rolę dworca komunikacji międzymiastowej.

 

 

Negocjuję cenę dzielonej taksówki do kolejnego punktu programu, miasteczka Akre, słynącego z pięknego położenia na zboczu góry.

Po niezbyt długiej podróży wysiadam koło jakiegoś ronda w Akre, wyglądającego na centrum miasta. Zostawiam graty w przypadkowym sklepie i idę szukać noclegu. Po drodze widziałem kilka hoteli, może coś się znajdzie. Pytam ludzi. Kierują mnie do jakiegoś pensjonatu. Zamknięty na głucho. W innych miejscówkach podobnie. W końcu zagaduję w zakładzie fryzjerskim. Gość wydzwania zmotoryzowanego kolegę, który podwozi mnie do niezłego hotelu.

 

 

Nie chce ani grosza za podwiezienie. Pyta czy czegoś nie potrzebuję i wraca do swoich spraw.

Chłopak z recepcji gada po angielsku na tyle, że tłumaczę mu, że chcę odwiedzić wzgórza za miastem – najładniejszą część Akre. Pisze mi na kartce adres po kurdyjsku, żeby taksówkarz wiedział gdzie jechać.

 

 

Jednak najpierw kieruję się do pobliskiej twierdzy, zamienionej na obóz uchodźców. Robię kilka zdjęć z zewnątrz.

 

 

Strażnicy patrzą na mnie dziwnie. Ale nic, podchodzę. Pytam czy mogę wejść.

-Pan z jakiejś organizacji?

Hmmm…. co mają na myśli? Organizację polityczną? Charytatywną? Czy jakąś inną, niekoniecznie mile widzianą?

-Nie, nie jestem z żadnej organizacji. Jestem turystą indywidualnym i chciałbym….

-Dziś zamknięte. Proszę się dowiadywać jutro.

I patrzą na mnie jakoś dziwnie. W ten sposób dali do zrozumienia, że nici z oglądania twierdzy.

Zmywam  się czym prędzej i oglądam  za siebie. Sprawdzam czy nie mam  „ogona”. Może strażnikom wydałem się podejrzany i dali cynk tutejszym służbom? Ale na szczęście nic nie wskazuje, żebym miał „anioła stróża”.

Wbijam się w taxi, pokazuję kierowcy bazgroły od recepcjonisty i dojeżdżam do podnóża wzgórz, na zboczach których bardzo ładnie prezentują się osiedla domków.

 

 

W centrum osady gwarny, bardzo oryginalny bazar, gdzie widzę wiele osób w tradycyjnych kurdyjskich strojach i obelisk z plakatem promującym ideę niepodległości Kurdystanu.

 

 

Na tymże bazarze ciężarówka, z paki której sprzedają ….śnieg. Podchodzisz z torbą foliową, a gość ładuje do niej śnieg łopatą i …. następny proszę!

 

 

Wraz z nadejściem nocy meczet z minaretem iluminują na zielono. Widać z daleka.

 

 

Rozstawiają też stoły, stragany z jedzeniem, ławki i krzesła i zaczyna się uczta, która potrwa do późnej nocy. Wchodzę do sklepu po wodę. Dostaję ją ZA DARMO! To samo w warzywniaku. Pomidory, banany i coś tam jeszcze otrzymuję w prezencie od sprzedawcy.

W kolejnym sklepie – podobnie, wręczają mi batonik z uśmiechem i życzeniami „smacznego”. Co jest? Czy ja śnię??? Miło, ale nie mam się jak odwdzięczyć…

Miasteczko Akre jest niewielkie i pół dnia wystarczy, żeby je obejrzeć, więc nazajutrz jadę w – tym razem – trochę dłuższą podróż. Moim celem As- Sulajmanijja, zwana w skrócie Slemani.  Po drodze mam przesiadkę w Erbil, stolicy Kurdystanu. Na pierwszy rzut oka coś zupełnie innego od prowincjonalnych miejscowości odwiedzonych do tej pory. Prawdziwa metropolia. Erbil wygląda naprawdę dostatnio i wielkomiejsko.

Jeżdżą tu – oprócz zwykłych -taksówki tylko dla kobiet, kierowane wyłącznie przez panie.

 

 

Ale stolicę zostawiam sobie na później. W punkcie przesiadkowym jest kilka knajp z zasłoniętymi oknami, więc można się posilić podczas podróży.

 

 

Potem przesiadka i  dojazd do Slemani wśród pięknych, wyżynno-górskich krajobrazów.

 

 

Późnym popołudniem docieram do Slemani, gwarnego i wesołego miasta. Jeszcze więcej starszych panów w tradycyjnych strojach i wreszcie widać trochę kobiet z odsłoniętymi włosami.

Największą atrakcją Slemani jest muzeum-więzienie Amna Suraka, ponura budowla służąca jako miejsce tortur i egzekucji podczas rządów Saddama Husajna.

 

 

Obecnie możemy obejrzeć wystawę pojazdów bojowych na dziedzińcu,

 

 

ale najciekawsze są cele, w których przetrzymywano więźniów. W każdej był podsłuch.

 

 

Służby Saddama umieszczały także wśród osadzonych swoich szpicli.

Na podłodze widzimy porozrzucane koce, co sprawia, że miejsce wygląda na niedawno opuszczone.

 

 

Może akurat kogoś zabrali na przesłuchanie lub torturują w pobliżu? Rażą prądem, biją po piętach, przypalają? Interesujące, ale mroczne i przytłaczające miejsce.

 

 

Zwłaszcza gdy poznamy metody tortur psychicznych. Rozdzielanie matek i dzieci, nieustanne odtwarzanie więźniom odgłosów ich torturowanych kolegów. Do muzeum wchodzi się korytarzem o ścianach wyłożonych lusterkami w liczbie ponad 180 tysięcy. Każde lusterko symbolizuje jedną ofiarę śmiertelną.

 

 

Jest też ekspozycja ukazująca tragiczne losy kurdyjskich uchodźców wojennych.

 

 

Znajdziemy również wystawę zdjęć i nazwisk ofiar wojennych. Ze ścian patrzą na nas dzieci, kobiety, żołnierze i osoby cywilne. Wielu ciał nie odnaleziono do dziś.

 

 

Część muzeum poświęcona jest bohaterskim kobiecym oddziałom siejącym postrach wśród drani z Państwa Islamskiego. Zginąć z ręki kobiety to dla nich wyjątkowa hańba, stąd unikali jak ognia konfrontacji z dzielnymi Kurdyjkami.

 

 

Cóż, odważni w kupie i wobec bezbronnych. Poniżej galeria ich zbrodni.

 

 

Dowiemy się także o losach saperów, biorących udział w akcji rozminowywania, którą wielu z nich przypłaciło życiem.

 

 

Obejrzymy różne rodzaje min i niewybuchów

 

 

oraz przejmującą kolekcję protez

 

 

i listę państw, które dostarczały miny, wykorzystywane przeciwko Kurdom. Daje do myślenia…

 

 

Na zwiedzanie muzeum-więzienia Amna Suraka warto poświęcić minimum 3-4 godziny, bo jest tu co oglądać. Dodam, że jest też wystawa broni, mundurów, wyposażenia wojskowego

 

 

oraz rękodzieła kurdyjskiego, w tym pięknych dywanów.

W tym momencie chciałbym prosić wszystkich o wsparcie organizacji Orla Straż:

https://www.orlastraz.org/

Jest to instytucja prowadzona przez polskich byłych żołnierzy, niosąca pomoc ofiarom terroryzmu i wojen na terenie Iraku. Odwalają kawał dobrej roboty. Realizują projekty edukacyjne, infrastrukturalne, medyczne.

I znów na gwarnych, zatłoczonych i wesołych ulicach Sulejmaniji. Trafiam na oryginalne graffiti i pomnik Pucybutki.

 

 

Tu właściwie wszędzie jest bazar. Na całej długości chodników, co metr dosłownie stoi jakiś sprzedawca koralików, nakręcanych plastikowych zabawek, ciuchów, kosmetyków, papierosów, napojów, słodyczy i każdy zachwala swój asortyment przekrzykując konkurencję z całych sił. Zewsząd dobiega głośna muzyka, taka mieszanka rytmów ludowych, disco i pop z pirackich CD, które znajdziemy na każdym rogu.

 

 

Wpadam na czaj. W herbaciarni sami starsi mężczyźni.

 

 

Chmury dymu papierosowego i morze herbaty. Przyjaźnie zagadują i dopytują o Polskę i co ja tu właściwie robię, bo turystów w Kurdystanie wciąż ze świecą szukać. Cieszą się, że jednak ktoś zdecydował się na przyjazd, mimo nie najlepszej opinii o bezpieczeństwie w tych rejonach.

Powtarzają się klimaty z poprzednich miejsc. Ciągle ktoś częstuje wodą, herbatą, chałwą, papierosami. Chętnie pozują do zdjęć, uśmiechają się i kiwają przyjaźnie. Ponownie zdarza się, że sklepikarze dają mi w prezencie jakieś drobne towary, jak napoje, słodycze czy owoce. Nie mam słów 🙂

Aż szkoda opuszczać miłą i wesołą Sulaimaniję, ale w pobliżu czeka atrakcja z górnej półki. Pomiędzy Sulaimaniją a Erbil, nieco w bok od głównej drogi, znajduje się fenomenalne miejsce – pięknie położone jezioro Dukan z malachitową taflą wody. Popularne miejsce piknikowe i wędkarskie. Ale że mamy Ramadan nie uświadczy się tu miłośników jedzenia  na łonie natury.

Mimo, że dopiero połowa maja, to woda jest na tyle ciepła, że można się wykąpać. Skwapliwie korzystam z okazji. Ulga i wielka przyjemność, bo panują temperatury piekielne!  I te widoki….!!! Tego miejsca ominąć nie można!

 

 

Po tym miłym akcencie pora na dalszą podróż, w stronę cywilizacji. Przed zapadnięciem ciemności melduję się w stołecznym Erbilu. Z tęsknotą wspominam wody jeziora Dukan, bo w mieście panuje zabójczy upał. Grubo powyżej 35 stopni. Ubranie przywiera do ciała i pali niczym koszula Dejaniry. Ufff…

Zmierzam w stronę centralnie położonej Cytadeli, potężnej brązowej twierdzy górującej nad miastem.

 

 

U podnóża wzniesienia trafiam na kolejne bardzo przyjemne miejsce: plac z fontannami, gdzie można przysiąść na ławeczce i napić się czegoś. Kolorowo podświetlone fontanny dają ochłodę.

 

 

Wśród szukających relaksu mieszkańców stolicy i przyjezdnych uwijają się przybysze z Bangladeszu, próbujący sprzedać zabawki, maskotki, baloniki na druciku, papierosy czy „zdrapki” z impulsami telefonicznymi.

 

 

W okolicy można też chodzić godzinami wśród kolorowych kramów z rękodziełem, ceramiką, dywanami i słodyczami. Sam ich widok powoduje, że ślinka cieknie. Sprzedawcy zapraszają na degustacje miodów, chałwy, najróżniejszych słodkich mas o orzechami, lodów, owoców i innych smakołyków.

 

 

Spod Cytadeli wyrusza autobus wycieczkowy, z pokładu którego można podziwiać najciekawsze miejsca stolicy Kurdystanu.

 

 

Po mieście jeżdżą też inne ciekawe pojazdy:

 

 

Nieznośny upał, zaduch i hałas powodują, że kolejnego dnia opuszczam miasto i jadę na północ, w góry w okolicach Rawanduz. Opuszczając Erbil mijam strzeżone osiedla drogich apartamentowców, przed którymi parkują auta, które raczej można spotkać w Dubaju czy Kuwejcie niż w Polsce. Luksus, dostatek, komfort – w takich warunkach żyją mieszkańcy przemieść kurdyjskiej metropolii. Nie inaczej wyglądają tutejsze miejsca rozrywki, restauracje czy galerie handlowe. Przepych i zapach pieniędzy. Grubych.

Wraz ze wzrostem wysokości temperatura staje się możliwa do wytrzymania. Kręta  droga prowadzi wzdłuż rzeki, pośród wysokich skał dających cień, wąwozów i głębokich przepaści.

 

 

Coraz więcej zieleni z każdym kilometrem. Pojawiają się szumiące strumyki i wodospady. Nad jednym z nich potężna restauracja z salą, po ścianie której płynie jedna z odnóg wodospadu. Na zewnątrz taras, skonstruowany w ten sposób, że woda z kaskady płynie pod podłodze, można więc jeść obiad mocząc nogi. W tym miejscu ostrzeżenie CAUTION, WET FLOOR nabiera nowego znaczenia 🙂

 

 

Płoną grille, kelnerzy przynoszą parujące tace z mięsem, michy z ryżem, talerze z zupami, warzywami, owocami i deserami. Wprawdzie trwa Ramadan, ale osoby będące w podróży są zwolnione z obowiązku zachowania postu, więc wycieczka za miasto jest w tym czasie wyjątkowo uzasadnioną i pożądaną formą spędzania czasu 🙂 A że w pięknych okolicznościach przyrody – nad wodospadem Bekhal – to dodatkowy plus 🙂 Jestem za!

 

 

Kilkanaście kilometrów dalej znajduje się Korek Mountain Resort, ośrodek wypoczynkowy z licznymi atrakcjami, wśród których prym wiedzie kolejka linowa. Jej wagoniki dowożą turystów na znaczną wysokość, w pobliże szczytu góry Korek, skąd rozciągają się niesamowite widoki.

Z tarasu restauracji można godzinami napawać się pięknem krajobrazów. Im niżej, tym bardziej zielono – lato w pełni. W tym samym momencie na horyzoncie widnieją ośnieżone górskie wierzchołki. A godoli, że Irak to ino pustynio…. A tu prawie Alpy….Tu się oddycha….

 

 

Wieczorem, po powrocie do Erbil wybieram się do bardzo ciekawego miejsca. Duży, zielony park, którego roślinność bez przerwy nawilżana jest mgiełką wodną. Świetny pomysł na wieczorną posiadówkę w tym suchym i gorącym klimacie.

Na murawie dziesiątki, jeśli nie setki stolików, pomiędzy którymi kursują kelnerzy z czajnikami, czuwający by gościom nie brakło kawy, herbaty, fistaszków czy paluszków. Przy każdym stoliku szisza. Stukają kostki domina, trzeszczą pękające skorupy orzechów, dzwonią łyżeczki mieszające herbatę. Relaks.

Typowy klub dżentelmena, w zasięgu wzroku ani jednej damy. I jak wszędzie w stolicy ciemnoskórzy, chudzi emigranci z Bangladeszu, próbujący sprzedać swoją tandetę lub papierosy.

 

 

Przed opuszczeniem Erbil ponownie odwiedzam Cytadelę, tym razem przy świetle dziennym. Szczerze mówiąc warownia lepiej prezentuje się z dołu, z zewnątrz. W środku nie wygląda zbyt ciekawie, ale za to można zobaczyć miasto z góry. Wstęp jest wolny, ale za to chcą by pokazać paszport i wpisują nasze dane do księgi gości.

 

 

Wracając do hotelu po rzeczy zahaczam o ładny, pokaźnych rozmiarów meczet, ale czas goni, więc odpuszczam zwiedzanie wnętrza.

 

 

Erbil opuszczam w towarzystwie kilku worków foliowych z zawartością w postaci…rybek akwariowych 😉

 

 

Wieczorem docieram do małej wioski Al-Amadijja (w skrócie Amedi), pięknie położonej wśród gór i strumieni. Zanim tam dojechałem rozpętała się gwałtowna burza z nawałnicą, huraganowym wiatrem, gradobiciem, błyskami i grzmotami. Armagedon normalnie…Gdy deszcze niespokojne trochę osłabły zacząłem szukać noclegu. W kilku miejscach pocałowałem klamkę.

Pytam jakiegoś taksówkarza o najbliższy czynny obiekt. Jeździmy trochę po okolicy, facet gdzieś wydzwania, pyta i nic. W końcu robi mu się mnie żal i zawozi do rodziny na kolację. Gospodarze rozkładają na dywanie ceratowy obrus, na którym ustawiają talerze z ryżem, chlebem, zieleniną, pieczonymi kurczakami, owocami, napoje, słodycze. Przemili ludzie. Dawno żaden posiłek nie smakował mi tak bardzo, jak w ich gościnnych progach, zwłaszcza, że śniadanie było kilkanaście godzin wcześniej, jeszcze w Erbil.

W końcu udaje mi się znaleźć nocleg. Właściciel gdy dowiaduje się skąd jestem wita mnie łamaną polszczyzną:

 

-Cieś, cio robiś jutro? Jak sie maś?

 

Mówi, że mogę spać u niego za darmo. Pracował kiedyś w Holandii z naszymi rodakami i ma wielu przyjaciół z Polski. Propozycja darmowego noclegu miła, ale postanawiam  zapłacić mu przeciętną cenę za pokój, żeby nie robić obciachu.

-Czego jeszcze potrzebujesz, wędrowcze z Polski?

-Mam trochę ciuchów do prania. Ile to będzie kosztować?

-Nic. Rano odbiór w recepcji – żegna mnie miłym uśmiechem.

Świetny gość. Jeśli ktoś z czytających te słowa odwiedzi Amedi, niech wpadnie do hotelu pana Jusufa

 

 

i pozdrowi go ode mnie 🙂

Rano wychodzę na balkon…Co za widoki!!!

 

 

Lecę do sklepu kupić coś na śniadanie. Piekarze obdarowują mnie plackami,

 

 

ktoś inny pomidorami, jeszcze inny sklepikarz nie chce zapłaty za napoje. Ech, ten Kurdystan 🙂

Wychodzę na drogę z zamiarem dostania się do starszej części leżącej na wzgórzu wioski.

 

 

Te parę kilometrów przejdę z buta. Ale nie. Zatrzymuje się Land Cruiser i jego właściciel proponuje podwiezienie. Czemu nie? 🙂

W starej Amedi znajduję zabytkowy meczet z podłogą wyłożoną dywanami. Panuje tam spokojna, cicha atmosfera. Ktoś przysypia w chłodnej świątyni, ktoś czyta Koran, ktoś modli się w milczeniu.

 

 

W pobliżu znajduje się kościół chrześcijański, jeden z nielicznych w tych okolicach, ale wygląda na nieczynny.

 

 

Postanawiam jechać w stronę widzianego po drodze wodospadu Sulav. Pytam policjantów o drogę.

-Poczekaj chwilę.

I zatrzymują Skodę Fabię kierowaną przez wąsatego dziadka.

-Tatuśku, podwieźcie turystę do wodospadu.

Chwilę później zażywam kąpieli w strugach lodowatej wody spadającej ze skał z wielkim hukiem.

 

 

Dokoła urwiska skalne, nad brzegami którymi wiszą domy, hotele i restauracje.

 

 

Sympatyczną Amedi opuszczam autostopem. Dojeżdżam do przygranicznego Zakho, miasta w którym rozpoczęła się moja przygoda z Kurdystanem.

Pomiędzy Duhok a Zakho znajduje się jeden z najdłuższych tuneli Kurdystanu – 3604 m.

 

 

Wieczorem chodzę po ulicach. Długo mi schodzi, bo ciągle ktoś zaprasza mnie na herbatę i pogawędkę,  pytają o wrażenia z Kurdystanu i zapraszają ponownie. Ech, ciężko będzie wyjechać z tego pięknego, gościnnego kraju.

 

 

Zanim pożegnam Zakho składam kurtuazyjną wizytę w komisariacie policji, którego komendant tak miło przyjął mnie na początku pobytu.

 

 

Widzę, że wzywają go obowiązki służbowe, więc nie przedłużam. Daje jednemu z podwładnych kluczyki do swojej Toyoty i poleca  odwieźć mnie do granicy.

-Dzwoniłem do chłopaków z przejścia i poprosiłem, żeby cię szybko przepuścili.

Takie rzeczy to tylko w Kurdystanie…. 🙂

I faktycznie, formalności po kurdyjskiej stronie trwały zaledwie kilka minut. Potem długie oczekiwanie na kontrolę turecką.

Wsiadam do busa – jak się później okazało – przemytników papierosów. Próbują mi wcisnąć kilka kartonów fajek, żebym przewiózł przez granicę i oddał im po tureckiej stronie.

Nie ma głupich. A jeśli zamiast papierosów będą tam np. narkotyki? Nie mam zamiaru podzielić losów bohatera „Midnight Express„.

Przed granicą turecką w ruch idą śrubokręty. Chłopaki rozkręcają tapicerkę busika i upychają nieskończone ilości irackich papierosów w ściankach, suficie i podłodze auta.

Upał…..Mija ósma godzina oczekiwania. Turecka granica wygląda niczym strefa wojny.

 

 

Druty kolczaste, wieże strzelnicze ze snajperami w polowych mundurach i kevlarowych hełmach. W słońcu odbijają się szkła lornetek skierowanych w stronę Kurdystanu i sąsiedniej Syrii.

Znowu coś im nie pasuje. Zabierają mój paszport, wnikliwie przeglądają każdą pieczątkę, sprawdzają w komputerze chyba ze 20 minut, ale w końcu pozwalają jechać.

Po wjechaniu na teren Turcji moi przemytnicy odzyskują wigor. W busie zapanowuje radosna atmosfera. Znowu się udało! Nie znaleźli towaru!

Podjeżdżamy do meliny pasera, który skupuje od chłopaków kartony fajek i worki z herbatą Made in Sri Lanka.

Szmuglerzy dowożą mnie do Cizre, tureckiej miejscowości leżącej kilkanaście kilometrów od lotniska Sirnak, skąd nazajutrz polecę do Stambułu.

 

 

Dość ciężki klimat i mówię nie tylko o temperaturze. Masa pancernych aut wojskowych i policyjnych, rodziny syryjskich uchodźców żebrzących na ulicach i przed sklepami, hotelami i restauracjami.

 

 

Jakoś inaczej się tu czuję, brak tej serdeczności znanej z irackiego Kurdystanu, której doświadczałem bez przerwy.

Startowi z Sirnak towarzyszą piękne widoki gór, wyżyn i rzek.

 

 

Natomiast podczas lądowania w Stambule podziwiam krajobrazy nadmorskie. Coś zupełnie odmiennego od tego, co obserwowałem przez ostatnich kilkanaście dni na terenie Kurdystanu.

 

 

Mało czasu na przesiadkę na samolot do Polski, więc zwiedzanie metropolii nad Bosforem ograniczam do wieczornej wizyty w Sultanahmet, w okolicach Hagia SofiaBłękitnego Meczetu, pięknie podświetlonych po zmroku.

 

 

Okolice okupują tysiące turystów z całego świata. Knajpy pełne ludzi. Pachnie tytoń, prażona kukurydza i kasztany. Leje się kawa i herbata. Ale ta w Kurdystanie smakowała mi lepiej… Miała mocniejszy aromat gościnności.

Lubisz podróże? Spodobał Ci się ten artykuł? Jeżeli TAK – dołącz do ekskluzywnego grona Ziemian Objechanych i  polub na Facebooku FANPAGE tego bloga.

Znajdziesz tam relacje na żywo z wyjazdów, zdjęcia oraz wiele informacji przydatnych podczas organizowania wyjazdów.

Zapraszam także na mój profil na Instagramie i kanał na Youtube.

 

Komentarze dla: “KURDYSTAN – CZĘŚĆ II -RELACJA Z WYPRAWY.” (ilość: 8 )

  1. Podziękowania dla Autora za wysokie walory poznawcze relacji. Warto wiedzieć więcej i tylko prawda jest ciekawa.

  2. Świat wydaje się taki przyjazny w Twoich opisach…
    Ludzie pomagają komuś nie dla pieniędzy.
    Zdjęcia rozpalone słońcem. Jedyne znośne miejsce to chyba tylko restauracja z wodospadem. Świetna. Zastanawiam się jak pachnie stoisko z przyprawami na bazarze.

    1. Pełna zgoda. Właśnie tak zapamiętałem Kurdystan: dużo słońca, gościnność, piękne krajobrazy i egzotyczne aromaty?

  3. Marcin, jak zwykle czytając Twoje relacje czuję się jak bym tam był. Zaje super!!!! Pozdrawiam. Gdzie następnym razem?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *