ROSJA CZ. VIII – JAK ZGUBIĆ SIĘ I ZNALEŹĆ W SYBERYJSKIM LESIE.

Po krótkim, lecz owocnym i bardzo relaksującym pobycie nad Bajkałem ponownie docieram do Irkucka. Jest późne popołudnie, więc nie mam zbyt wiele czasu na zwiedzanie miasta nad Angarą.

Ale samą Angarę, a nawet dwie, zobaczyć muszę. Pierwsza z nich, szeroka na kilka kilometrów – jedyna rzeka wypływająca z Bajkału.

 

 

Druga Angara to stary, majestatyczny lodołamacz o tej właśnie nazwie, zacumowany na nabrzeżu w pobliżu Prospektu Marszałka Żukowa. Niestety, statek-muzeum jest już nieczynny, spóźniłem się dosłownie kilka minut i dlatego zostało mi jedynie oglądanie lodołamacza z zewnątrz.

 

 

Kilka dni nad Bajkałem wśród pięknej przyrody sprawiło, że jakoś nie miałem chęci przebywać w wielkim i pełnym ludzi i aut Irkucku. Ciągnęło w stronę natury.

 

Postanowiłem odpowiedzieć na jej zew!

 

Rankiem następnego dnia jadę na dworzec kolejowy Irkuck-Pass i kupuję bilet do wioski Orlienok, kilkadziesiąt kilometrów na południe od Irkucka.

Po nieco ponad godzinie jazdy wysiadam w sercu syberyjskiej głuszy, pośród gęstego i olbrzymiego lasu.

Jak to zwykle w Rosji bywa – pociąg ma chyba z 500 metrów długości  (długodystansowe jeszcze więcej). Natomiast peron w Orlienok zaledwie … kilkadziesiąt. Dlatego też tylko pasażerowie z pierwszych kilku wagonów dostąpili szczęścia wyjścia  z pociągu prosto na peron. Inni – w tym ja – musieli wysiadać do … rowu.

Przy samej stacji  kolejowej w Orlienok zaczyna się szlak wędrówkowy, prowadzący wiele, wiele kilometrów wgłąb niezmierzonego syberyjskiego lasu. Początkowo oznaczenia są dość częste i dobrze widoczne, ale potem trzeba rozglądać się coraz częściej, by znaleźć jakiś symbol i nie stracić orientacji.

Wstępuję więc na leśny trakt w towarzystwie nielicznych osób wyglądających na turystów, grzybiarzy i wędkarzy, którzy mają w planach moczyć kije w tutejszych rzekach, co rusz przecinających leśne ostępy.

Po kilku kilometrach zostaję na szlaku sam, inni gdzieś się porozchodzili. Pogoda nie sprzyja. Jest zimno i pada deszcz, na szczęście nie jakiś silny, ale efektem opadów są liczne i ogromne kałuże i rowy, które czasem ciężko sforsować lub ominąć.

 

 

Brnę więc przez błota, podziwiając liczne grzyby i kolorowe kwiaty.

 

 

Pierwsza – oczywiście niezamierzona – kąpiel w kałuży już za mną. Druga, trzecia… Jednak nie tracę animuszu mimo chlupotu w butach i mokrych spodni.

 

 

Co jakiś czas zatrzymuję się na robienie zdjęć, krótki odpoczynek lub posiłek. Nie, nie ma tam żadnej gastronomii – to środek niezmierzonego lasu syberyjskiego, cały prowiant musiałem zabrać z Irkucka.

Drogę przecinają mi zwalone pnie i omszałe, śliskie głazy.

 

 

Trzeba się pilnować, żeby nie stracić równowagi i nie zlecieć z takiego kamola, bo mogłoby to mieć opłakane konsekwencje. Zasięgu telefonii komórkowej nie ma już od kilku kilometrów. Totalne odludzie.

Pokonuję liczne drewniane mostki przerzucone nad rwącymi strumieniami -chybotliwe i oślizłe.

 

 

Po około 7 km docieram wreszcie do jakiejś cywilizacji. Wśród skał o fantazyjnych kształtach, na zielonej polanie odnajduję bazę turystyczną Witiaź.

Kilka drewnianych domków do wynajęcia (niektóre w kształcie jurty), miejsce na ognisko i grill, wiata służąca za jadalnię i własna bania (rosyjska sauna) do dyspozycji gości.

 

 

Gospodarz wita mnie po polsku: „dzień dobry”. Mówi, że Polacy są częstymi gośćmi w jego obiekcie. Jednak na tym kończy się jego znajomość języka polskiego, więc niezwłocznie przechodzimy na rosyjski. Daje mi kilka wskazówek na temat kierunków zwiedzania i atrakcji pobliskiej okolicy – tzw. skalników, czyli formacji skalnych o różnorodnych kształtach (np. Żółw, Starucha), przypominających mi te znane ze skalnych miast rejonu Kłodzka lub czeskiego Adrszpach.

 

 

Ruszam dalej. Jeszcze większe odludzie. Dziwi mnie, a jednocześnie cieszy, że w tej głuszy co jakiś czas spotykam namiot tutejszych wędkarzy, grzybiarzy czy miłośników wspinaczki skałkowej.

 

 

Robi się coraz później. Deszcz nie przestaje padać. Obliczam czas pozostały na dotarcie do osady Orlienok, skąd mam wieczorny  pociąg do Irkucka. Z obliczeń wynika, że mój czas na pobyt w rezerwacie dobiega końca. Kieruję się więc w stronę stacyjki kolejowej.

Idę błotnistym szlakiem wśród rowów i kałuż. Po jakimś czasie orientuję się, że coś jest nie tak. Tego zwalonego drzewa na pewno tu nie było… Przez ten mostek też na pewno nie przechodziłem… Ten kamień też tu nie stał… Zaczynają się bagna…

 

 

Zgubiłem się, choroba jasna… Spójrzmy prawdzie w oczy… A tu niebawem zapadną ciemności. Pociąg odjedzie i co wtedy? Nocleg pod chmurką? Ewentualnie może jakoś dotrę z powrotem do bazy Witiaź i tam przenocuję? Ale przecież jutro koło południa startuje mój pociąg Kolei Transsyberyjskiej z Irkucka do Jekaterynburga… Muszę na niego zdążyć… Do diaska, gamoń ze mnie…

Z tych rozmyślań wyrywa mnie jakiś hałas, dobiegający spośród leśnej gęstwiny. Głośny, przeciągły szelest…

-Niedźwiedź, kurde! – pomyślałem i ugięły się pode mną nogi, a serducho zaczęło walić jak oszalałe.

Co tu robić? Uciekać? Dokąd? Dorwie mnie błyskawicznie w tym błotnistym lesie i zeżre na obiad.

To może na drzewo?

 

 

Też odpada. Najniżej położona gałąź, której mógłbym się złapać jest poza zasięgiem moich rąk, nawet gdybym podskoczył, a wspinaczka po pniu nie wchodzi w grę, bo drzewa mokre i śliskie.

Zamieram więc w zupełnym bezruchu i całkowitej ciszy, (nie)przygotowany na najgorsze. Słucham, patrzę, drobnymi kroczkami wycofuję się na z góry upatrzone pozycje.

Nagle kamień spada z serca. Okazuje się, że to tylko jakieś ptaszysko zaplątało się w gałęziach i robi szum, który przyprawił mnie o masę strachu. Ufff…

Traperem trzeba się urodzić, mnie ominęła ta przyjemność 🙂 Ptaka się przestraszyłem 🙂

Szczęśliwy finał przygody z niedźwiedziem, którego nie było, nie oznacza rozwiązania moich leśnych problemów z odnalezieniem właściwej drogi. W tej kwestii wciąż panuje pat, niestety.

Przypominam sobie ludową mądrość: jeśli się zgubisz – idź w stronę rzeki, a potem w dół jej biegu. No dobra, spróbujmy. I tak nie mam innych pomysłów na wyjście z opresji.

Tylko że tu jest kilka rzek. Mniejszych i większych.

 

 

Którą wybrać? A co za różnica? Wybieram więc najbliższą i idę zgodnie z jej nurtem. Kilometr, drugi, piąty. Nic się nie dzieje. Może to i dobrze? Brnę więc dalej.

Pierwszy sukces! Ścieżynka doprowadza mnie do jakiegoś większego duktu. Są nawet ślady opon, wyglądają na świeże. Stąd prosty wniosek, że cywilizacja jest całkiem niedaleko!

Kolejny sukces! Wreszcie trafiam na coś, co niesamowicie podnosi moje morale. Ponownie pojawiają się oznaczenia szlaku! Teraz już  z górki. Z oznaczeń wynika, że muszę nadrobić około 10 km, ale nie mam innego wyjścia. Zagęszczam więc ruchy, prawie biegnę błotnistym szlakiem wśród kałuż nieprzeciętnej wielkości, ślizgam się, ale jakoś pomalutku zmierzam do mety.

Przekraczam kolejny mostek. Forsuję jeszcze jeden strumień i tysięczną kałużę -używając terminologii wojskowej jest to przeszkoda terenowa o znikomym znaczeniu strategicznym i wilgotności 100% 😉

W końcu wychodzę na prostą przez most z jakże optymistycznym napisem: marzenia zawsze się spełniają.

 

 

Moje też się spełniło, wyszedłem wreszcie z tego pięknego lasu. I nawet zdążyłem na ostatni pociąg do Irkucka.

 

 

Wprawdzie przemoczony do suchej nitki, ubłocony jak nieboskie stworzenie, głodny bo zapasy dawno się skończyły, ale jednak wyszedłem.

 

 

W następnym odcinku będzie o podróży Koleją Transsyberyjską przez 3 strefy czasowe 🙂

Lubisz podróże? Spodobał Ci się ten artykuł? Jeżeli TAK  – dołącz do ekskluzywnego grona Ziemian Objechanych i polub na Facebooku FANPAGE tego bloga. Znajdziesz tam relacje na żywo z moich podróży, więcej zdjęć i mnóstwo informacji praktycznych, przydatnych przy planowaniu i organizowaniu wypraw.

Zapraszam również na mój profil na Instagramie oraz kanał na Youtube.

Komentarze dla: “ROSJA CZ. VIII – JAK ZGUBIĆ SIĘ I ZNALEŹĆ W SYBERYJSKIM LESIE.” (ilość: 1 )

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *