ROSJA CZ.V – BURIACJA – CO ZWIEDZAĆ W UŁAN UDE I OKOLICACH.

Po blisko dziesięciu dniach spędzonych w MoskwieSankt Petersburgu, największych i najbogatszych miastach Rosji – pora na wizytę w azjatyckiej części Federacji.

Mój wybór padł na Buriację, republikę znajdującą się blisko Mongolii i kulturowo, zwłaszcza pod względem religijnym (buddyzm) zbliżoną do tego kraju.

Planując wyjazd do Rosji zastanawiałem się gdzie rozpocząć przygodę z Syberią. Wtedy wpadła mi w oczy nazwa miasta będącego stolicą BuriacjiUŁAN UDE. Pomyślałem, że może podobieństwo z mongolskim Ułan Bator nie jest przypadkowe i że być może będzie mi dane posmakować mongolskiej i buddyjskiej egzotyki. Nie myliłem się.

Zarówno w Ułan Ude jak i pobliskim Iwołgińsku znajdują się piękne buddyjskie klasztory, na szczęście nieskażone masową turystyką i przez to zachowujące swój autentyczny klimat. Miły odpoczynek po Moskwie i Sankt Petersburgu zapchanych do granic możliwości tysiącami turystów chińskich i nie tylko.

Po długim i męczącym, całonocnym locie z Sankt Petersburga (z przesiadką w Nowosybirsku) wreszcie melduję się w Porcie Lotniczym Bajkał – bo taką nazwę nosi lotnisko w Ułan Ude. Jeszcze przed wylądowaniem z góry obserwuję wijącą się Selengę, wpadającą do jeziora Bajkał.

 

 

Co ciekawe, Selenga przez pięć miesięcy w roku jest zamarznięta, jednak nie było mi dane zobaczyć jej skutej lodem, jako że Buriację odwiedziłem pod koniec sierpnia.

Już na lotnisku w Ułan Ude poczułem, że jestem daleko, daleko od Europy. Mimo, że to międzynarodowy port lotniczy to przypomina rozmiarami i tzw. ogólnym wrażeniem podobne obiekty gdzieś w azjatyckich krajach  określanych jako „rozwijające się”. Ale jeszcze nie całkiem rozwinięte 😉 .

Dla porządku dodam, że różnica czasu pomiędzy Moskwą i Sankt Petersburgiem a Ułan Ude wynosi +5 godzin.

Zaraz po wyjściu z terminala otrzymuję mnóstwo propozycji od taksówkarzy koczujących przed wejściem. Lata kontaktów z lotniskowymi mafiami, przepraszam KORPORACJAMI taksówkowymi nauczyły mnie, że nie jest to dobra opcja, zwłaszcza gdy wygląda się na cudzoziemca. Zedrą ostatni grosz. Wybieram więc znacznie tańszą marszrutkę nr 55 łączącą lotnisko z centrum stolicy Buriacji.

 

 

Z rozkładu jazdy na przystanku wynika, że jeżdżą one co 5-15 minut od godziny 6.30 do 22.30, ale przekonałem się, że rozkład ten ma charakter „umowny” 😉 i musiałem czekać znacznie dłużej. W końcu przyjeżdża. Na siedzeniu za kierowcą przysypia jakaś pani, której strój i stan świadomości świadczą, że lubi dobrą zabawę, a miniona noc obfitowała w wiele atrakcji 😉

W drodze do centrum oglądam sobie przedmieścia Ułan Ude przez szybę zatłoczonej i kołyszącej się  na wybojach marszrutki. Najpierw osiedla drewnianych chat, a właściwie ruder, nie mających nic wspólnego z miłymi drewnianymi domkami znanymi z naszych gór. Bezładnie rozrzucone, zaniedbane, kryte popękanymi arkuszami eternitu. Pomiędzy nimi żadnego asfaltu, po prostu błoto i kałuże. Dziadostwo.

Jeśli tak wygląda stolica republiki, to co będzie dalej? – pomyślałem.

Marszrutka przejeżdża most na Selendze i dowozi mnie do betonowego centrum niespełna półmilionowego Ułan Ude. Część budynków wygląd przyzwoicie. Część– mówię! Większość to jakieś postsowieckie, nieotynkowane blokowiska z zaniedbanymi klatkami schodowymi, z zagraconymi i zarośniętymi chwastami podwórkami.

 

 

Gdzieś tam coś budują, jakiś biurowiec czy apartamentowiec. Gdzieś właśnie przestali budować, ale to nie znaczy, że zbudowali. Sterczą i straszą szkielety niedokończonych wieżowców czy bloków mieszkalnych, pomiędzy nimi rusztowania czy zapomniane dźwigi.

 

 

Nierówne chodniki z „niespodziankami’ w postaci kupy gruzu lub żwiru. dziury po jakichś wykopach czy kałuży tak wielkiej, że można urządzać na niej regaty. Smród spalin z rzeki pędzących marszrutek, ciężarówek i autobusów. Kilka lokali gastronomicznych czy rozrywkowych o pretensjonalnych, anglojęzycznych nazwach typu Imperial, Manchester czy jakoś tak.

 

 

Na cały ten obraz nędzy i rozpaczy spogląda z wysokiego postumentu sam towarzysz Włodzimierz Lenin – jego pomnik  znajduje się na centralnym placu Ułan Ude i stanowi jedną z nielicznych atrakcji miasta. To największa głowa Lenina na świecie. Ciekawe co myśli  patrząc na to wszystko:

 

 

Domyślam się, że nic pochlebnego, bo stolica Buriacji nie należy do najpiękniejszych miast. Ani do pięknych. Ani do średnich. Azjatycka, postsowiecka dziura i tyle.

Poruszanie się po mieście: nie stanowi problemu, bo za sprawą licznych marszrutek, autobusów i zabytkowych tramwajów (czytaj zardzewiałych, pędzlem malowanych gratów) można dotrzeć wszędzie za niewielkie pieniądze.

 

 

Przejazd marszrutką – niezależnie od liczby przystanków – kosztuje około 20 rubli (1 zł 20 gr). Płaci się kierowcy przy wsiadaniu lub wysiadaniu, nie dają biletów. Przystanki są na żądanie. Wystarczy powiedzieć „na astanowkie, pażausta„, co oznacza, że chcemy wysiąść na najbliższym przystanku. Można też wymienić nazwę obiektu przy którym chcemy wysiąść np. jakieś centrum handlowe, szpital itd. Stojąc na przystanku i widząc nadjeżdżającą marszrutkę do której planujemy wsiąść – trzeba machnąć ręką, by dać znać kierowcy, że musi się zatrzymać.

Marszrutki w Ułan Ude nie jeżdżą z punktu A do punktu B najkrótszą możliwą trasą, ale w drodze do miejsca przeznaczenia krążą po osiedlach mieszkaniowych, by zebrać jak najwięcej pasażerów, co znacznie wydłuża czas przejazdu.

Jako że Ułan Ude nie jest najmilszym miejscem na spędzanie czasu postanawiam ograniczyć do niezbędnego minimum długość pobytu w tym mieście.

Kieruję się do buddyjskiego klasztoru Rinpoche Bagsza, znajdującego się na przedmieściach, na wzgórzu, z którego widać stolicę Buriacji i okoliczne wzniesienia, między którymi płynie Selenga.

 

 

Dojazd do dacanu  (lokalna nazwa klasztoru) zapewnia marszrutka nr 97 zatrzymująca się na dziedzińcu świątyni.

Do głównego budynku prowadzą szerokie schody. Na dziedzińcu dzwony i złota kopuła z iglicą, jakieś dziwne stwory rodem z tybetańskiej, a może mongolskiej mitologii, drewniane pale poobwiązywane kolorowymi wstążkami. Dużo, dużo kwiatów i zadbane trawniki.

 

 

We wnętrzu dacanu  zupełnie jak gdzieś w Tybecie. Wielki złoty posąg Buddy Siedzącego, barwne wizerunki bóstw, kolorowe mandale. Mnisi w bordowych szatach mamroczą monotonnie mantry, rytmicznie walą długimi drewnianymi pałkami w metalowe talerze i bębny, coraz szybciej i szybciej. Jest klimat.

 

 

Ale Rinpoche Bagsha to zaledwie preludium przed znacznie większym, bardziej znanym klasztorem w tej okolicy, mianowicie słynnym Dacanem Iwołgińskim, leżącym kilkadziesiąt minut jazdy od Ułan Ude.

Można dostać się tam autobusem nr 130 z dworca autobusowego w Ułan Ude przy ul. Lenina za 50 rubli (3 zł), leżącego obok charakterystycznej białej cerkwi z niebieską kopułą.

Po dojeździe do Iwołgińska trzeba przesiąść się do marszrutki, która za 30 rubli (1,8 zł) dowiezie nas do samej bramy klasztoru.

Okoliczne sklepiki oferują duży wybór pamiątek związanych z buddyzmem.

Dacan Iwołgiński to spory kompleks kilku dużych świątyń, pięknych zarówno z zewnątrz jak i w środku. Obowiązkowy punkt wizyty podczas pobytu w Ułan Ude i największa atrakcja okolicy.

 

 

Mimo, że jest to bardzo znane miejsce można cieszyć się spokojem i relaksującą atmosferą, bo dociera tam raczej niewielu turystów. Większość odwiedzających to lokalni buddyści i indywidualni turyści zagraniczni.

 

 

Jak pisałem wcześniej: Ułan Ude – NIE, okolice TAK! Dlatego też po zwiedzeniu Dacanu Iwołgińskiego nie wracam do stolicy Buriacji, ale kieruję się na południe, wzdłuż Selengi, w stronę wioski Tarbagatai, dokąd dojeżdżam autostopem z Iwołgińska. Zaledwie kilka minut zajęło mi złapanie pierwszej okazji, pickupa kierowanego przez wędkarza wracającego z łowów. Miły gość. Zbacza kilkanaście kilometrów z obranej trasy i podwozi mnie do miejsca, gdzie łatwiej będzie mi złapać kolejnego stopa. Dziwi się, a jednocześnie cieszy, że udało mu się spotkać samotnego turystę z dalekiej Polski.

Kilka chwil później zatrzymuje się terenowa Łada Niva z kolejnym sympatycznym kierowcą (bo tylko tacy zabierają autostopowiczów). Gada jak najęty, co chwilę staje by pokazać mi różne ciekawostki, w tym rozlewisko Selengi.

 

 

Po kilkudziesięciu minutach jesteśmy już w Tarbagatai. Oczywiście żaden z moich dobroczyńców nie chciał ode mnie forsy.

Co takiego odróżnia wioskę Tarbagatai od innych syberyjskich wiosek? Kolorowe domki z bogato zdobionymi fasadami, oknami, bramami i płotami. Popatrzcie sami.

 

 

Wszystkie te zdjęcia wykonałem przy jednej ulicy w tej osadzie. No, może dwóch.

Dzień dobiega końca, więc trzeba wracać do Ułan Ude. Tarbagatai jest nieźle skomunikowane z tym miastem. Z centrum wioski co jakiś czas odjeżdża autobus nr 441. Bilet kosztuje 126 rubli (7,6 zł).  Natomiast z Ułan Ude startuje on z dworca autobusowego (avtovagzal) przy ulicy Sowieckiej. Przejazd trwa około godziny.

Kolejny – ostatni już – dzień w Ułan Ude poświęcam na odwiedzenie Etnograficznego Muzeum Narodów Zabajkala. Dojazd marszrutką nr 37 za 20 rubli (1,2 zł).

 

 

Jest to rozległy, dobrze utrzymany skansen, na który warto poświęcić minimum 3-4 godziny. Oferuje on szeroką gamę drewnianej architektury: domy, cerkwie, budynki gospodarcze z dawnych lat.

 

 

oraz ciekawe i kolorowe wnętrza tradycyjnych chat syberyjskich – super!

 

 

Można też zobaczyć wigwamy ze skóry, łodzie z kory, sanie, jurty

 

 

oraz przyjrzeć się z bliska syberyjskiej – i nie tylko faunie – takiej jak łosie, niedźwiedzie, rysie, wilki, bażanty, jenoty, bociany, tygrysy i wielbłądy!

 

 

Jest też ekspozycja hełmów syberyjskich rycerzy,

 

 

a w różnych punktach skansenu można obejrzeć tajemnicze rzeźby.

 

 

Ostatnie popołudnie w stolicy Buriacji spędzam na sympatycznym deptaku ( wreszcie jakieś przyjemne miejsce w tym nieciekawym mieście), pełnym kawiarenek, lodziarni i ulicznych artystów. Ciekawostką jest namiot, w którym sprzedają  chrupki serowe podawane w ciekłym azocie (-120 st. C) i z dżemem jagodowym 🙂

 

 

Snuję się też trochę nad błękitną Selengą,

 

 

i trafiam do restauracji w kształcie jurty,

 

 

a wieczorem ponownie do centrum z podświetlanymi, kolorowymi fontannami. W ten sposób Ułan Ude jakoś zatarło pierwsze, niezbyt korzystne wrażenie.

 

 

Jednak mimo to stolica Buriacji nie porwała mnie szczególnie, dlatego odwiedzającym to miejsce radzę nie tracić czasu i czym prędzej kierować się do opisanych wyżej atrakcji, jak Dacan Rinpoche Bagsha czy Dacan Iwołgiński lub urocza wioska Tarbagatai.

Po kilku dniach w Ułan Ude wsiadam do pociągu do Sliudianki, niewielkiej,  ale dość miłej mieściny na południowym brzegu Bajkału, świetnej bazy wypadowej do Doliny Tunkińskiej oraz początkowej/końcowej stacji Kolei Wokółbajkalskiej.  O tym, co tam przeżyłem i zobaczyłem przeczytacie w kolejnej części relacji z Syberii.

Lubisz podróże? Spodobał Ci się ten artykuł?

Jeżeli TAK – dołącz do ekskluzywnego grona Ziemian Objechanych i polub na Facebooku FANPAGE tego bloga. Zapraszam również na mój profil na Instagramie oraz kanał na Youtube.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *